Niedostępne dla strachu! Tego się lękał najbardziej. Często gdy chodził po mieście i gdy mu się zdarzyło spojrzeć na świat jakby cudzym wzrokiem, miał chwile przerażającej, trzeźwej niewiary w ludzkość. A jeśli nic nie jest w stanie jej wzruszyć? Podobne chwile nawiedzają wszystkich tych, których ambitnym celem jest bezpośredni wpływ na ludzkość — artystów, polityków, myślicieli, reformatorów lub świętych. W tym opłakanym stanie ducha krzepi wyższe charaktery samotność; Profesor szedł więc i myślał z głęboką radością o swym schronieniu, o pokoju z kredensem zamkniętym na kłódkę, pokoju ukrytym wśród gąszczu ubogich domów, o tej pustelni doskonałego anarchisty.
Aby dotrzeć prędzej do miejsca, gdzie mógł wsiąść do omnibusu, Profesor skręcił nagle z rojnej ulicy w wąski i ciemny zaułek wyłożony kamiennymi płytami. Po jednej stronie stały niskie domy ceglane — puste skorupy oczekujące na zburzenie; z ich ślepych okien zasnutych kurzem wyglądała beznadziejna ruina. Po drugiej stronie zaułka życie jeszcze się tliło. Na wprost jedynej gazowej latarni rozwierała się jaskinia podrzędnego handlarza mebli, a w głębi tej jaskini, w mroku jakby wąskiej alei wijącej się wśród dziwacznego lasu szaf, podszytego gąszczem nóg stołowych, jaśniało wysokie stojące lustro niby leśne jeziorko. Przed wejściem do sklepu stała nieszczęsna, bezdomna kanapka w towarzystwie dwóch niedopasowanych krzeseł.
Jedyny człowiek idący uliczką naprzeciw Profesora, wysoki i prosty, wstrzymał nagle rozkołysany swój krok.
— Hallo! — rzekł i stanął czujnie trochę z boku.
Profesor już się był zatrzymał, na wpół się obróciwszy, tak że plecy jego znalazły się tuż pod przeciwległym murem. Prawą ręką wsparł się lekko o grzbiet kanapki skazanej na banicję, lewą zostawił nie bez celu zagłębioną w kieszeni spodni; okrągłe okulary w ciężkiej oprawie nadawały sowi wyraz jego mrocznej, niewzruszonej twarzy.
Spotkali się jakby w bocznym korytarzu domu tętniącego życiem. Wysoki mężczyzna miał na sobie ciemne palto zapięte na wszystkie guziki i trzymał parasol. Kapelusz zsunięty na tył głowy odkrywał znaczną część czoła, które w ciemności wydawało się bardzo białe. W mrocznych plamach oczodołów błyskały przenikliwie źrenice. Długie i obwisłe wąsy barwy dojrzałego zboża okalały kwadratowy wygolony podbródek.
— Nie szukałem pana — rzekł krótko.
Profesor ani drgnął. Zmieszane hałasy olbrzymiego miasta dochodziły tu w postaci głuchego, cichego szmeru. Komisarz Heat z Wydziału Przestępstw Specjalnych zmienił ton.
— Nie spieszy się pan do domu? — zapytał z szyderczą prostotą.
Mały człowieczek o chorowitym wyglądzie, moralny rozsadnik zniszczenia, rozkoszował się swoim prestiżem; oto trzymał w szachu tego człowieka, któremu zagrożona społeczność powierzyła swoją obronę. Był szczęśliwszy niż Kaligula47, który dla łatwiejszego nasycenia okrutnej swej żądzy pragnął, aby rzymski senat miał tylko jedną głowę; Profesor widział w komisarzu uosobienie wszystkich wyzwanych przez siebie sił: sił prawa, własności, ucisku i niesprawiedliwości. Miał przed sobą swych wrogów i upojony pychą, nieustraszenie stawiał im czoło. Oto ich widział, zmieszanych jak wobec złowieszczego zjawiska. Radował się w duchu przypadkowym spotkaniem, które potwierdzało jego wyższość nad mrowiem ludzkości.