Przerwał mu głęboki głos dostojnika, który wtrącił szybko, stojąc bez ruchu na dywanie przed kominkiem, z rękoma wspartymi o boki i rozstawionymi wielkimi łokciami:

— Niech pan wyraża się jasno.

— Dobrze, sir Ethelredzie... ten świat jest niedoskonały. Więc skoro tylko zaczęło mi świtać, jakiego to rodzaju sprawa, pomyślałem, że trzeba ją poprowadzić ze szczególną dyskrecją i pozwoliłem sobie tu przyjść.

— Bardzo słusznie — pochwalił z zadowoleniem wielki człowiek, spoglądając znad tłustego podbródka. — Cieszę się, że w waszej budzie jest ktoś, kto uważa, że i sekretarzowi stanu można czasem zaufać.

Nadinspektor uśmiechnął się wesoło.

— Właściwie to przyszło mi na myśl, że może by było lepiej, aby w tym stadium sprawy Heat został zastąpiony przez...

— Aha! Heat? Osioł, co? — wykrzyknął dostojnik z wyraźną niechęcią.

— Nic podobnego. Bardzo pana proszę, sir Ethelredzie, niech pan nie tłumaczy sobie mych słów tak niesprawiedliwie dla Heata.

— No więc? Pewno za sprytny?

— I to nie... przynajmniej nie zawsze. To on dostarczył mi podstaw do domysłów. Sam z siebie odkryłem jedynie to, że posługiwał się tym człowiekiem prywatnie. Czy można go za to potępić? On bardzo dawno pracuje w policji. Powiedział mi właściwie, iż musi mieć do pracy jakieś narzędzia. Przyszło mi na myśl, że to konkretne narzędzie powinno służyć całemu Wydziałowi Przestępstw Specjalnych, zamiast stanowić prywatną własność komisarza Heata. Według mego przekonania obowiązkiem naszego wydziału jest pozbycie się tajnych agentów. Ale Heat pracuje w wydziale od dawna. Zarzuciłby mi, że wypaczam moralność wydziału i szkodzę jego sprawności. Określiłby mój projekt z goryczą jako ochronę zbrodniczej klasy rewolucjonistów. Tak by to osądził.