Massy nasłuchiwał. Zamiast udać się do łazienki, gdzie powinien był pójść się umyć, mechanik wszedł do swojej kajuty, która sąsiadowała z kajutą Massy’ego. Massy zerwał się z krzesła i czekał. Rozległ się zgrzyt zamykanej zasuwki. Massy wypadł na korytarz i kopnął gwałtownie drzwi mechanika.
— Zamykasz kajutę, żeby się strąbić — zawołał.
Po chwili doszła go stłumiona odpowiedź:
— Wolnoć Tomku w swoim domku.
— Wyleję cię na zbity łeb, jeśli będziesz pił w czasie podróży — krzyknął Massy.
Po tej groźbie zapadło uporczywe milczenie. Massy oddalił się stroskany. Na brzegu ukazały się dwie postacie i podeszły do schodni. Massy usłyszał głos o pogardliwym odcieniu:
— Nie bardzo mi się chce temu wierzyć. Ale pomówię z nim na pewno.
Drugi głos, który należał do Sterne’a, odrzekł tonem grzecznego ubolewania:
— Dziękuję panu. O to mi właśnie chodzi. Muszę spełnić swój obowiązek.
Massy zdziwił się bardzo. Niska, zwinna postać skoczyła lekko na pokład i o mało co nie wpadła na niego, gdyż stał poza kołem światła latarni wiszącej u trapu. Gdy postać skierowała się ku mostkowi, mówiąc mu spiesznie „Dobry wieczór”, Massy rzekł cierpko do Sterne’a, który szedł powoli za Van Wykiem: