Ciało Heysta również nie było na głód narażone, choć Schomberg tak twierdził stanowczo. Wkrótce po założeniu Spółki zaopatrzono wyspę w żywność tak obficie, że po zwinięciu kopalni pozostało jeszcze wiele zapasów. Głód nie zagrażał więc Heystowi, a nawet i jego osamotnienie nie było zupełne. Z tłumu sprowadzonych robotników chińskich został jeden na Samburanie — samotny i dziwny — niby jaskółka opuszczona po odlocie swego stada.

Wang nie był zwykłym kulisem51. Służył już przedtem u białych ludzi. Układ między nim a Heystem polegał na kilku słowach, które wymienili tego samego dnia, gdy ostatnia seria kulisów opuszczała Samburan. Heyst, wsparty o balustradę werandy, przypatrywał się ich odjazdowi taki spokojny na pozór, jak gdyby nigdy nie był odstąpił od zasady, że świat jest dla mądrych ludzi tylko zabawnym widowiskiem. Wang obszedł dom naokoło i stanąwszy u stóp werandy, podniósł żółtą, szczupłą twarz.

— Wszystko skończyć? — zapytał.

Heyst skinął z lekka głową, patrząc w stronę molo na gromadę błękitno odzianych postaci o żółtych twarzach i łydkach. Zaganiano właśnie kulisów do łódek wynajętego parowca, który stał na kotwicy dość daleko od brzegu i wyglądał jak malowany statek na malowanym morzu, malowany jaskrawymi kolorami, bez cieniowania, bez wyczucia, z brutalną dokładnością.

— Pośpiesz się, bo cię tu zostawią.

Ale Chińczyk nie poruszył się wcale.

— Ja zostać — oświadczył. Heyst spojrzał na niego w dół po raz pierwszy.

— Chcesz tu zostać?

— Tak.

— Czym byłeś? Jakie tu miałeś zajęcie?