II
Podczas pobytu swego pana w Sourabayi Wang zajął się uporządkowaniem gruntu przed głównym domem. Gdy Heyst wynurzył się z trawy, porastającej wybrzeże w miejscu skąd zaczynał się pomost, ujrzał szeroką, wolną przestrzeń, czarną i gładką — z jednym czy dwoma stosami zwęglonych gałęzi — ogołoconą z roślinności przez ogień od frontu domu aż do najbliższych drzew lasu.
— Odważyłeś się podpalić trawę? — spytał Heyst.
Wang kiwnął głową. Na ramieniu białego, przed którym stał, wspierała się dziewczyna zwana Almą; ale ani z oczu Wanga, ani z jego wyrazu twarzy nie byłby nikt odgadł, że Chińczyk ją widzi.
— Porządkując plac w ten sposób, oszczędził sobie pracy — wyjaśnił Heyst nie patrząc na dziewczynę, której ręka spoczywała na jego ramieniu. — To jest cały nasz personel służbowy. Mówiłem ci, że nie mam tu nawet psa, który by dotrzymywał mi towarzystwa.
Wang odmaszerował w kierunku bulwaru.
— Podobny jest do garsonów w tamtym zakładzie — rzekła. Tamten zakład to był hotel Schomberga.
— Chińczycy niewiele różnią się między sobą — zauważył Heyst. — Ten się nam tutaj przyda. A to jest dom.
Stali niedaleko od sześciu płytkich stopni prowadzących na werandę. Dziewczyna puściła ramię Heysta.
— To jest dom — powtórzył.