— To, co powiedziałam — tylko to, co powiedziałam. Czego jesteś niesprawiedliwy?

— Ależ to już naprawdę wymówka!

Zaczerwieniła się aż do nasady włosów.

— Tak to wygląda, jak gdybyś chciał dowieść, że jestem nieprzyjemna — szepnęła. — Więc jestem nieprzyjemna? Będę się teraz bała otworzyć usta. I w końcu uwierzę, że jestem do niczego.

Spuściła z lekka głowę. Patrzył na jej gładkie, niskie czoło, cień rumieńca na policzkach i pąsowe, rozchylone wargi, między którymi błyszczały zęby.

— A wtedy będę rzeczywiście do niczego — dodała z przekonaniem. — Będę do niczego! Mogę być tylko tym, za co ty mnie uważasz.

Poruszył się nieznacznie. Położyła mu rękę na ramieniu, nie podnosząc głowy i mówiła żywo, stojąc wciąż bez ruchu:

— Tak już jest. I nie może być inaczej między kobietą taką jak ja i takim jak ty mężczyzną. Jest nas tu tylko dwoje i nie umiem nawet powiedzieć, gdzie jesteśmy.

— W bardzo znanym miejscu kuli ziemskiej — wyrzekł Heyst łagodnie. — W swoim czasie ukazało się przynajmniej pięćdziesiąt tysięcy prospektów — a jeszcze prawdopodobniej sto pięćdziesiąt tysięcy. Zajmował się tym mój przyjaciel, którego zamiary bardzo były rozległe, a przekonania silnie ugruntowane. Z nas dwóch on posiadał wiarę. Ale! Z pewnością rozesłano sto pięćdziesiąt tysięcy.

— O czym ty mówisz? — spytała cicho.