— Upał niełatwo wyprowadza mnie z równowagi — rzekła stanowczo.

— Tak, ale trzeba pamiętać, że nie jesteś podzwrotnikowym ptakiem.

— Ty także nie urodziłeś się w tych stronach — odparła.

— Nie, i prawdopodobnie nie mam nawet twoich sił. Jestem rośliną przesadzoną w inny grunt. Właściwie nie przesadzoną; powinienem powiedzieć wyrwaną z korzeniami, a to nie jest stan normalny; ale mówią o człowieku, że wytrzymuje wszystko.

Obejrzała się na niego i otrzymała uśmiech w darze. Heyst polecił jej trzymać się zacisznej i wąskiej leśnej ścieżki; panował tam upał, lecz nie było blasku. Niekiedy ukazywała się ich oczom dawna polanka spółki, jaśniejąca światłem, w którym czarne kikuty pni stały zwęglone, bez cieni, nędzne i ponure. Przeszli przez otwartą przestrzeń, zmierzając w prostej linii ku domkowi. Zdawało im się, że na werandzie mignął Wang, choć Lena wcale nie była pewna, czy widziała poruszającą się postać. Heyst nie miał co do tego wątpliwości.

— Wang wyglądał nas. Spóźniliśmy się.

— Rzeczywiście nas wyglądał? Zdawało mi się przez chwilę, że widzę coś białego, a potem przestałam to widzieć.

— Otóż to właśnie, on tak znika. To nadzwyczajny talent w tym Chińczyku.

— Czy oni wszyscy są tacy? — spytała z naiwną ciekawością i niepokojem.

— Nie wszyscy dochodzą do takiej doskonałości — rzekł rozbawiony Heyst.