Ricardo przerwał swoje uniesienia nad życiodajną wodą i odpowiedział tonem niewiniątka:

— On? Wolno panu nazywać go człowiekiem, ale skóra jego jest coś niecoś grubsza od skóry najgrubszego z aligatorów, które obdzierał w dawnych, dobrych czasach. Pan nie wie, ile on może wytrzymać; ale ja wiem. Wypróbowaliśmy go już dawno. Olà, ty tam! Pedro! — wrzeszczał z siłą świadczącą o odradzających właściwościach wody.

Słabe: Señor57? ozwało się spod pomostu.

— Co ja panu mówiłem? — rzekł tryumfująco Ricardo. — Jemu nic nie zaszkodzi. Czuje się doskonale. Ale daję słowo, że łódź zatonie. Czy nie mógłby pan zatrzymać tej wody, nim pójdziemy na dno? Łódź napełniła się już do połowy.

Na znak dany przez Heysta Wang zaczął uderzać w mosiężny kurek, po czym stanął znów nieruchomo za Numerem Pierwszym, trzymając lewar. Ricardo nie był może tak bardzo pewien wytrzymałości Pedra jak o tym zapewniał, gdyż schylił się, zajrzał pod pomost i ruszywszy ku przodowi łodzi, znikł z widowni. Woda przestała nagle tryskać, a gdy kapanie ustało, zapadła niczym niezamącona cisza. W oddali słońce zmniejszyło się do rozmiarów czerwonej iskry żarzącej się bardzo nisko w głuchym ogromie mroku. Naokoło łodzi woda mieniła się jeszcze purpurowymi błyskami. Widmowa postać w rufie przemówiła zmęczonym głosem.

— Tamten — hm — mój towarzysz — hm — sekretarz — to wielki cudak. Boję się, że nie przedstawiliśmy się panu w bardzo korzystnym świetle.

Heyst słuchał. Był to zwykły głos kulturalnego człowieka, tylko brzmiał dziwnie martwo. Ale dziwniejszą jeszcze była ta dbałość o pozory, czy wyrażona żartem, czy też na serio, nie umiał zdać sobie sprawy. W danych okolicznościach trudno było przypuszczać, że ten człowiek mówi poważnie, ale nikt nigdy nie żartował tak martwym tonem. Niepodobna było na to odpowiedzieć, więc Heyst milczał. Tamten mówił dalej:

— W podróży — a ja dużo podróżuję — taki człowiek jak on niezmiernie jest pożyteczny. Ma jednak bez wątpienia swoje słabostki.

— Doprawdy! — rzekł Heyst w odpowiedzi. — Jednak słabością ramienia się nie odznacza, ani też przesadnym humanitaryzmem, o ile mogę sądzić.

— To był wybuch złości — objaśnił z rufy pan Jones.