Obejrzał się machinalnie i zobaczył za sobą jeszcze jedno światło — ognisko przed domkiem nieznajomych. Czarny zarys niezdarnej, potwornej postaci, schylonej nad ogniskiem, zakołysał się i znikł w ciemnościach. Widać woda zagotowała się już w kociołku.

Heyst uszedł jeszcze parę kroków, opanowany przez niesamowitą wizję tego stworu o wątpliwym człowieczeństwie. Kimże mogli być ludzie, którzy mieli takiego domownika? Przystanął. Poczuł, że opuszcza go niejasna obawa odległej przyszłości, w której przeczuwał nieuniknione rozstanie z Leną, wywołane przez głębokie i subtelne rozdźwięki; sceptyczna obojętność, towarzysząca mu zawsze, ilekroć brał się do czynu — niby tajna odsiecz duszy — opuściła go również. Nie należał już do siebie. Czuł w sobie nakaz o wiele bardziej stanowczy i wzniosły.

Zbliżył się do domku i tuż za kręgiem światła rzuconym przez latarnię ujrzał na najwyższym stopniu nogi Leny i dolną część sukni. Postać jej majaczyła niewyraźnie. Siedziała na krześle; głowa i ramiona ginęły w mroku niskiego okapu. Nie poruszyła się wcale.

— Zdrzemnęłaś się? — zapytał.

— O nie! Czekałam na ciebie — w ciemnościach.

Heyst stanął na górnym stopniu i oparł się o drewniany słup, odsunąwszy na bok latarnię.

— Myślałem właśnie, jak to dobrze, że siedzisz bez światła. A nie było ci nudno w ciemności?

— Nie potrzebuję światła, aby myśleć o tobie. — Czarowny jej głos nadał wartość tej banalnej odpowiedzi, która miała także i walor prawdy. Heyst zaśmiał się z lekka i rzekł, że doznał przed chwilą ciekawych wrażeń. Nic na to nie odpowiedziała. Usiłował wyobrazić sobie zarys jej postaci, siedzącej wygodnie na krześle. Rozproszone plamy mętnego światła ujawniały nie zawodzący nigdy wdzięk jej pozy, który był jedną z wrodzonych jej właściwości.

Myślała właśnie o Heyście, nie troszcząc się wcale o nieznajomych przybyszów. Heyst wzbudził w niej podziw od pierwszej chwili; pociągnął ją ciepły jego głos i łagodne spojrzenie, czuła jednak, że zanadto jest skomplikowany, aby go mogła zrozumieć. Nadał jej życiu urok i żywsze tętno, wzbogacił je o nadzieje splecione z groźbami; nie przeczuwała przedtem, że istnieją podobne uczucia, a w każdym razie nie wyobrażała sobie, że może ich doświadczyć taka jak ona dziewczyna, wydana na pastwę nędzy. Powiedziała sobie, że nie powinna jej drażnić zbytnia powściągliwość Heysta, jego jak gdyby zamknięcie się w jakimś odrębnym świecie. Gdy brał ją w ramiona, czuła w jego uścisku wielką i przemożną siłę, czuła że i on sam jest głęboko wzruszony i może nie znudzi się nią tak bardzo prędko. Myślała o tym, że dał jej poznać uczucie cichej radości, że nawet niepokój, który ją męczy, rozkoszny jest w swoim smutku i że będzie się starała zatrzymać go przy sobie tak długo, jak tylko zdoła — aż do chwili, kiedy mdlejące jej ramiona i osłabła dusza nie będą już mogły lgnąć do niego.

— Wanga nie ma tu oczywiście? — rzekł nagle Heyst.