— Trzyma teraz w ręku moje życie — myślał Heyst bez szczególnego podniecenia.
Uczuciem, którego doznawał, była ciekawość. Pogrążył się w dociekaniach; zdawało mu się, że się zastanawia nad osobliwym niebezpieczeństwem grożącym jakiejś innej osobie. Ale nawet i ten rodzaj zainteresowania opuszczał go już z wolna, kiedy, spojrzawszy na lewo, zobaczył jak zwykle zarysy domków majaczące w ciemnościach i przypomniał sobie o przybyciu łodzi ze spragnionymi podróżnymi. Wang nie ważyłby się na taką zbrodnię w obecności innych białych ludzi. Był to przykład „bezpieczeństwa polegającego na liczbie”, które to bezpieczeństwo nie bardzo jakoś trafiało Heystowi do przekonania.
Wrócił do pokoju w ponurym usposobieniu i stanął nad pustą szufladą, pogrążony głęboko w przykrych myślach. Postanowił właśnie, że ani słowa Lenie o tym wszystkim nie powie, gdy usłyszał za sobą jej głos. Zaskoczyło go to, ale wbrew pierwszemu impulsowi nie odwrócił się natychmiast, obawiając się, że mogłaby wyczytać troskę z jego twarzy. Tak, to go zaskoczyło; i z tego właśnie powodu rozmowa nie potoczyła się właściwie tak, jak byłby ją poprowadził, gdyby był przygotowany na to nagłe zapytanie. Należało odpowiedzieć natychmiast: „Nic mi nie brakuje”. Fatalnie się stało, że dopuścił do tego pytania. Uciął rozmowę, mówiąc lekkim tonem:
— To przedmiot bardzo małej wartości. Nie kłopocz się tym — nie warto. Najlepiej idź i połóż się spać, Leno.
Odwróciła się niechętnie i spytała dopiero we drzwiach:
— A ty?
— Chyba wypalę jeszcze cygaro na werandzie. Nie chce mi się spać na razie.
— Ale nie siedź długo.
Nic nie odpowiedział. Zobaczyła, że stoi nieruchomo ze zmarszczonymi brwiami i puściła z wolna zasłonę.
Heyst rzeczywiście zapalił cygaro, nim wyszedł ponownie na werandę. Wyjrzał spod niskiego okapu, aby poznać po gwiazdach, czy noc już mija. Ale posuwała się bardzo wolno. Nie miał pojęcia, dlaczego tak go to podrażniło, niczego przecież od świtu nie oczekiwał, lecz wszystko naokoło niego stało się bezsensowne i niepewne, a przy tym nagliło go niewyraźnie do wypełnienia jakichś zobowiązań, nie dając mu żadnych wytycznych. Odczuwał gniewną pogardę dla swego położenia. Zewnętrzny świat rzucił się na niego. Heyst nie wiedział, co właściwie zawinił, aby ściągnąć na siebie tę biedę, tak jak nie wiedział, co dało powód do ohydnej potwarzy o jego postępowaniu z biednym Morrisonem. Nie mógł o tym zapomnieć. Potwarz ta dosięgła uszu człowieka, któremu potrzeba było absolutnej wiary w prawość swego postępowania.