— Ta-ak, do pewnego stopnia. Tak, prawie sam. Tak; właściwie można powiedzieć, że jest sam.
— A jednak jest i ten Chińczyk.
— Aha, jest i Chińczyk — przyznał Ricardo z roztargnieniem.
Rozważał, czy należy zakomunikować szefowi wiadomość o dziewczynie. Po namyśle zdecydował, że nic nie powie. Przedsięwzięcie było trudne samo przez się i nie należało go komplikować przez wyprowadzenie z równowagi prawdziwego pana, którego miał zaszczyt być wspólnikiem. Prawda wyjdzie na jaw sama przez się — myślał — a potem będzie mógł przysiąc, że nie miał pojęcia o tym drażliwym szczególe. Nie potrzebował przy tym wcale kłamać przed szefem. Wystarczało trzymać język za zębami.
— Tak — mruknął w zamyśleniu — jest naturalnie i ten Chińczyk.
W gruncie rzeczy czuł jakiś dziwny szacunek dla przesadnej antypatii, którą jego szef żywił względem kobiet, jakby ten wstręt do kobiecego towarzystwa był pewnym rodzajem moralności — dziwacznej wprawdzie, ale zawsze moralności — jako cecha w oczach Ricarda pożyteczna i zapobiegająca wielu niepożądanym komplikacjom. Nie miał pretensji do zrozumienia tej idiosynkrazji swego zwierzchnika. Nie starał się nawet jej badać. Wiedział tylko, że on sam miał wręcz przeciwne skłonności i że nie czuł się z tego powodu szczęśliwszym ani bezpieczniejszym. Nie wiedział, jak byłoby się ułożyło jego życie, gdyby się sam tłukł po świecie. Na szczęście musiał podporządkować się cudzej woli — nie jako niewolnik, za wyznaczoną pensję, ale jako towarzysz — i to stanowiło dla niego hamulec. Tak! Tamten rodzaj usposobienia upraszczał życie na ogół — nie dało się temu zaprzeczyć. Ale widocznie mógł także sprowadzić i komplikacje, jak na przykład w obecnym wypadku niezmiernej wagi — który — według Ricarda — już sam przez się był bardzo delikatnej natury. A najgorsze ze wszystkiego było to, że nigdy się nie dało przewidzieć, w jaki właśnie sposób ta idiosynkrazja szefa się przejawi.
— To nienormalne — rozmyślał Ricardo z pewną irytacją. I jakże zdać sobie sprawę z nienormalności, która żadnym prawom nie podlega? Wierny giermek „zwykłego sobie Jonesa”, przewidując wiele trudności natury fizycznej, postanowił ukryć przed szefem obecność dziewczyny i oszczędzić mu jej widoku póki się tylko da. Niestety, według wszelkiego prawdopodobieństwa było to możliwe tylko przez parę godzin; Ricardo zaś obawiał się, że przygotowania do właściwej roboty zajmą i kilka dni. Kiedy sprawa będzie już w toku, wówczas — był o tym przekonany — jego pan nie zawiedzie. Jak to bywa często u natur żyjących bezprawiem, wiara Ricarda w tego lub innego osobnika była prosta i bezwzględna. Albowiem człowiek musi mieć w życiu jakieś oparcie.
Ricardo, siedzący zupełnie nieruchomo ze skrzyżowanymi nogami i głową nieco pochyloną, wyglądał jak bonza64 zatopiony w rozmyślaniach nad świętą sylabą „om”. Był to jaskrawy przykład kłamliwości pozorów, gdyż pogarda jego dla świata miała na wskroś praktyczny charakter. W Ricardzie nie było nic wschodniego poza zdumiewającym spokojem pozy. Pan Jones zachowywał się też bardzo spokojnie. Opuścił głowę na zwiniętą derkę i wyciągnął się na boku, odwrócony tyłem do światła. W tej pozycji jego oczodoły z nagromadzonym w nich cieniem sprawiały wrażenie zupełnie pustych. Gdy zaczął mówić, widmowy głos miał do przebycia tylko kilka cali, aby przeniknąć wprost do lewego ucha Ricarda.
— Dlaczego nic nie mówisz teraz, kiedyś mnie już rozbudził?
— Chciałbym wiedzieć, czy też pan spał tak mocno, jakby się zdawało — rzekł niewzruszony Ricardo.