— Mam nadzieję, że nie — szepnął pan Jones.
— I ja także. Wiemy, że łup jest na to za duży: ale gdyby ten drab był na wyspie sam jeden, nie troszczyłby się zbytnio o to — to znaczy o bezpieczeństwo swego łupu. Po prostu wsadziłby wszystko do jakiejś skrzynki czy szuflady, którą by znalazł pod ręką.
— Tak myślisz?
— Tak, proszę pana. Trzymałby to niejako pod okiem. Dlaczego nie? Przecież to naturalne. Człowiekowi nie przyjdzie na myśl zagrzebywać w ziemi swoją kabzę, chyba że ma do tego bardzo wyraźne powody.
— Jak to, wyraźne powody?
Tak, proszę pana. Za cóż pan ma człowieka — za kreta?
Opierając się na własnym doświadczeniu, Ricardo oświadczył, że człowiek nie jest z natury stworzeniem lubiącym ryć się w ziemi. Nawet skąpcy bardzo rzadko zagrzebują swoje skarby, chyba z jakichś wyjątkowych przyczyn. Ale dla tego człowieka, mieszkającego samotnie na wyspie, obecność Chińczyka była przyczyną zupełnie wystarczającą. Ani szuflady, ani skrzynki nie stanowiły schronienia, zabezpieczającego przed węszącym Chińczykiem o skośnych oczach. Nie, proszę pana; taką skrytką mogłaby być tylko kasa — porządna kasa ogniotrwała. Ale kasa jest tu, w tym pokoju.
— Kasa? W tym pokoju? Nie zauważyłem — szepnął pan Jones.
Nie zauważył, ponieważ kasa pomalowana była na biało, tak jak i ściany pokoju; a w dodatku stała zasunięta w ciemny kąt. Przy tym pan Jones zbyt był zmęczony, wysiadłszy na brzeg, aby cośkolwiek zauważyć; ale Ricardo rozpoznał wnet charakterystyczną sylwetę. Gdybyż tak można było wierzyć że ten łup, zdobyty przez zdradę, obłudę i wszelkie inne niegodziwości Heysta — tam został umieszczony! Ale gdzie tam! Ten przeklęty grat jest otwarty.
— Może kiedyś przechowywał tam łup — rozważał ponuro — ale teraz go tam nie ma.