— Może to i dobra myśl.

— Chińczyk to głupstwo. Można go sprzątnąć każdej chwili.

Jedna z rąk Ricarda, spoczywająca dłonią do góry na złożonych nogach, wykonała szybkie pchnięcie, powtórzone przez olbrzymi cień ramienia bardzo nisko na ścianie. Ten gest przerwał czar bezruchu obejmującego pokój. Oczy sekretarza wpatrzyły się markotnie w ścianę, po której cień się zesunął. Każdego człowieka można unieszkodliwić, oświadczył Ricardo. Nie chodzi wcale o to, co ten Chińczyk może zrobić, ale o wpływ jego obecności na postępowanie tego Szweda, którego los był przesądzony. Człowiek! I czymże jest człowiek? Równie łatwo można dźgnąć szwedzkiego barona, albo przedziurawić go kulą, jak każde inne stworzenie; ale tego właśnie należy unikać, póki nie będzie wiadomo, gdzie ukrył łup.

— Nie zdaje mi się, aby wpakował go do jakiejś dziury w swoim domu — dowodził Ricardo z prawdziwym niepokojem.

Nie. Dom może ulec pożarowi — wypadkiem, albo z powodu podpalenia — kiedy się śpi. A może Heyst schował łup pod domem — w jakiejś rozpadlinie, szczelinie, czy szparze? Coś szeptało jednak Ricardowi, że tak nie jest. Napięcie umysłowego wysiłku pokryło mu czoło zmarszczkami. Skóra na jego głowie zdawała się poruszać wśród ciężkiej pracy, która polegała na denerwującym formułowaniu przypuszczeń.

— Za co pan ma człowieka — za niemowlę? — rzekł w odpowiedzi na zarzuty pana Jonesa. — Chcę wykombinować, co bym ja sam zrobił na jego miejscu. Nie zdaje mi się, żeby był mędrszy ode mnie.

— A co myślisz o sobie?

Pan Jones zdawał się śledzić kłopoty towarzysza z rozbawieniem, ukrytym pod pozorami martwego spokoju.

Ricardo puścił to pytanie mimo uszu. Plastyczna wizja łupu pochłaniała go całkowicie. Wspaniała wizja! Oto kilka niewielkich płóciennych worków, związanych cienkim sznurkiem; pod pękatą ich powierzchnią rysują się krążki monet — złotych, masywnych, ciężkich i tak łatwo przenośnych. A może łup został ukryty w stalowej kasie podręcznej z wyrytym na wieku ornamentem; lub też w czarnej mosiężnej skrzynce z uchem na wierzchu, napełnionej — czym? Bóg raczy wiedzieć. Może banknotami? Dlaczegóż by nie! Ten człowiek wracał do kraju, więc z pewnością musiało to być coś, z czym się wracać opłaci.

— I pewnie ukrył to gdzieś na dworze — gdziekolwiek bądź! — krzyknął Ricardo stłumionym głosem. — Pewno w lesie.