— Tylko jedna? — przypłynęła cicha odpowiedź postaci wyciągniętej nieruchomo na łóżku.

— Ta jedna rzecz gryzie mnie więcej niż wszystkie inne razem wzięte.

— Oho, to coś ważnego.

— Pewno, że to jest ważne. Chodzi mi o to — jak pan się czuje na wnątrzu, proszę pana? Czy nie zanosi się u pana na nudy? Ja wiem, że te napady to przychodzą ni stąd ni zowąd; ale chyba pan może powiedzieć...

— Osioł jesteś, mój Marcinie.

Markotna twarz sekretarza rozjaśniła się.

— Doprawdy, panie? To dobrze, cieszę się z tego — to znaczy póki pan nie cierpi na nudy. To by było na nic, proszę pana.

Ricardo rozchełstał koszulę na piersiach i podwinął rękawy, aby się trochę ochłodzić. Bosymi nogami przesunął się bez szmeru przez pokój w kierunku świecy, przy czym cień jego głowy i ramion rósł za nim coraz bardziej na przeciwległej ścianie, do której była zwrócona twarz „zwykłego sobie Jonesa”. Ricardo przekręcił głowę w tył kocim ruchem i spojrzał na chude plecy widma leżącego na łóżku, po czym zdmuchnął świecę.

— Właściwie mówiąc, mój Marcinie, jest mi dość wesoło — rzekł pan Jones w ciemnościach.

Usłyszał klaśnięcie dłonią w udo i rozradowany okrzyk swego giermka: