— Pozostawało mi tylko trzymać język za zębami albo rozpocząć kłótnię, która by wydobyła na jaw ich ciemne cele; a my nie jesteśmy w stanie tym celom się przeciwstawić. Mogłabyś, naturalnie, nie pokazać się tego wieczoru; ale wobec tego, że ta wstrętna, dzika bestia będzie się nam wałęsała po domu, jak długo da się ukryć twoją obecność?

Rozpacz Heysta czuło się nawet w jego milczeniu. Głowa dziewczyny, wsparta na rękach ukrytych pod gęstymi splotami włosów, nie poruszyła się wcale.

— Czy jesteś pewna, że dotąd ciebie nie widzieli? — zapytał nagle.

Odpowiedziała, siedząc wciąż bez ruchu:

— Jakże mogę być pewna? Powiedziałeś mi, że nie życzysz sobie, aby mnie widzieli — więc też trzymałam się w ukryciu. Nie pytałam o powody. Przypuszczałam, że nie chcesz, aby wiedziano, że masz przy sobie taką jak ja dziewczynę.

— Ja kto? Myślałaś, że się ciebie wstydzę? — krzyknął Heyst.

— Bo to chyba nie jest właściwe — naturalnie ze względu na ciebie — prawda?

Heyst podniósł ręce z uprzejmą wymówką.

— Uważam to za tak dalece właściwe, że nie mogę znieść myśli, aby ktokolwiek spojrzał na ciebie bez przychylności i bez szacunku. Ci ludzie wzbudzili we mnie wstręt i nieufność od pierwszej chwili. Czyż mogłaś tego nie zrozumieć?

— Nie pokazywałam się przecież — odrzekła.