Skupił się i jął rozważać. Tę zmianę frontu zarządził prawdopodobnie Heyst. Cóż to mogło oznaczać? To chytry człowiek. A może to ona zmieniła taktykę? W takim razie — hm — wszystko w porządku! Musi być w porządku. Ona wie co robi. Tymczasem Pedro stojący przed Ricardem podnosił kolejno nogi, kiwając się na prawo i lewo — były to zwykłe jego ruchy, gdy na coś czekał. Małe, czerwone oczki tkwiły nieruchomo pod masą kudłów. Ricardo wpatrzył się w nie z rozmyślną pogardą i rzekł szorstkim, gniewnym głosem:

— Kobieta! Naturalnie, że jest tam kobieta. Wiemy to bez ciebie! — Pchnął oswojonego potwora. — Precz! Vamos71! Wynoś się! Wracaj i gotuj obiad. W którą stronę poszli?

Pedro wyciągnął wielkie, włochate ramię, wskazując kierunek, i potoczył się na kabłąkowatych nogach. Ricardo uszedł kilka kroków i dojrzał jeszcze wśród krzaków dwa białe hełmy sunące obok siebie nad polanką. Znikły niebawem. Przeszkodziwszy Pedrowi zawiadomić szefa o obecności kobiety na wyspie, Ricardo zatopił się w domysłach nad postępowaniem tych dwojga. Stosunek jego do pana Jonesa uległ wewnętrznej zmianie, z której sam sobie jeszcze sprawy nie zdawał.

Tegoż ranka, przed drugim śniadaniem, Ricardo, wymknąwszy się z domu Heysta i odzyskawszy sandał w sposób tak wiele mówiący, ruszył ku domowi, zataczając się, z głową jak w ogniu. Był podniecony do ostateczności niesłychanie ponętnymi wizjami. Zatrzymał się, aby się uspokoić nim ośmieli się stanąć przed szefem. Wchodząc do pokoju, zobaczył że pan Jones siedzi na łóżku polowym jak krawiec na desce, ze skrzyżowanymi nogami i plecami wspartymi o ścianę.

— Proszę pana! Nie powie mi pan przecież, że się pan nudzi?

— Nie, nie nudzę się. Gdzież u diabła siedziałeś tyle czasu?

— Śledziłem — pilnowałem — myszkowałem. Cóż bym mógł robić innego. Wiedziałem, że pan ma towarzystwo. Czy pan się z nim rozmówił?

— Rozmówiłem się — mruknął pan Jones.

— Ale tak na czysto?

— Nie. Żałowałem, że ciebie nie ma. Włóczysz się gdzieś przez cały ranek i wracasz bez tchu. Cóż to znów znaczy?