Pan Jones porzucił niedbale ten temat.
— No, możesz liczyć przynajmniej na dwa dni — rzekł.
Ricardo przyszedł do siebie. Oczy błysnęły mu rozkosznie.
— Już my damy sobie z tym radę — prędko — gładko — jak się patrzy, niech mi pan tylko zaufa!
— Przecież ci ufam — rzekł Jones. — To także i twój interes.
I rzeczywiście Ricardo był szczery w swych zapewnieniach. Liczył teraz z pewnością na powodzenie. Ale nie mógł wyjawić, że zyskał sprzymierzeńca w nieprzyjacielskim obozie. Niepodobna było powiedzieć szefowi o dziewczynie. Diabli wiedzą, jak by postąpił, dowiedziawszy się, że kobieta jest w to wmieszana. A przy tym jak zacząć takie zwierzenia? Nie mógł wyznać prawdy o swoim nagłym wybryku.
— Damy sobie radę, proszę pana — rzekł z doskonale udaną wesołością. Czuł porywy strasznej radości, która rozpierała mu serce, paląca jak podżegany płomień.
— Musimy sobie poradzić — wyszeptał pan Jones. — Ta robota, mój Marcinie, nie jest wcale podobna do naszych dawnych kawałów. Mam co do niej szczególne uczucie. To zupełnie inna sprawa. To jak gdyby próba.
Zachowanie zwierzchnika wywarło wrażenie na Ricardzie; zauważył w nim po raz pierwszy coś w rodzaju namiętności. A także wyraz: próba, którego pan Jones użył, uderzył go jako szczególnie znaczący. Było to ostatnie słowo, które zostało wypowiedziane podczas tej rannej rozmowy. Zaraz potem Ricardo wyszedł z pokoju. Nie mógł usiedzieć na miejscu. Nie pozwalało mu na to uniesienie, w którym nieporównana słodycz zlewała się z dzikim triumfem. Myśli jego były zmącone. Chodził po werandzie tam i z powrotem do późnego popołudnia, zerkając na tamtą willę za każdym razem gdy skręcał, doszedłszy do balustrady. Willa wyglądała na niezamieszkaną. Raz czy dwa zatrzymał się nagle i spojrzał na lewy sandał. Roześmiał się przy tym głośno. Podniecenie jego wciąż wzrastało, tak że się w końcu zaniepokoił. Objął rękami balustradę i stał spokojnie, uśmiechając się nie do swych myśli, lecz do życia, które tętniło w nim potężnie. Dał się ponosić swym uczuciom z beztroską, a nawet z lekkomyślnością. Czuł, że przestaje dbać o wszystkich ludzi, przyjaciół czy wrogów. W tej chwili posłyszał głos pana Jonesa, wołający go z pokoju. Cień padł na twarz sekretarza.
— Jestem, proszę pana — odpowiedział; ale upłynęła jeszcze chwila, nim zdecydował się wrócić.