— „Doskonale” — odrzekłem. — „Dość, jeśli chodzi o mnie. Ale przecież nie możesz mieć nic przeciwko temu, aby mem putih75 przyszła do was na kilka dni zamieszkać z kobietami Orang Kaya. Ofiaruję mu za to dar ze srebra”. Orang Kaya to naczelnik tej wsi Leno — dodał Heyst.

Popatrzyła na niego ze zdziwieniem.

— Chciałeś, abym poszła do tych dzikich? szepnęła. — Chciałeś, abym cię opuściła?

— Miałbym wówczas rozwiązane ręce.

Heyst wyciągnął ręce i popatrzył na nie przez chwilę, po czym opuścił je znowu. Oburzenie Leny zarysowało się wyraźniej w wygięciu jej ust niż w jasnych, nieugiętych oczach.

— Zdaje mi się, że Wang roześmiał się wówczas — ciągnął Heyst. — Zabulgotał jak indor.

— „To byłoby najgorsze ze wszystkiego” — rzekł.

— Zdumiałem się. Dowodziłem mu, że mówi głupstwa. Twoja obecność nie może mieć żadnego związku z jego bezpieczeństwem, ponieważ źli ludzie — jak ich nazywa — nie wiedzą o twoim istnieniu. Nie skłamałem właściwie, Leno, choć naciągnąłem prawdę aż do ostateczności; ale ten człowiek ma jakiś niesamowity węch. Potrząsnął głową. Zapewnił mnie, że wiedzą o tobie doskonale. Wykrzywił się przy tym w okropny sposób.

— To wszystko jedno — rzekła Lena. — Nie chcę... nie byłabym i tak poszła.

Heyst podniósł na nią oczy.