— Jak to? Więc ci nasi goście to mają być posłowie moralności, sprawiedliwi mściciele, wysłańcy Boga? To zaiste oryginalny punkt widzenia. Jak by im to pochlebiło, gdyby mogli cię słyszeć!

— Żartujesz ze mnie — rzekła stłumionym głosem, który się nagle załamał.

— Czy poczuwasz się do grzechu? — spytał Heyst poważnie. Nic na to nie odpowiedziała. — Bo ja nie — dodał; — przysięgam na Boga, że się nie poczuwam.

— Ty to co innego. Kusicielką jest kobieta. Wziąłeś mnie z litości. Rzuciłam ci się na szyję.

— Przesadzasz, moja droga, przesadzasz. Nie było znów tak źle — rzekł żartobliwie, panując z wysiłkiem nad głosem.

Uważał się już za martwego człowieka, ale starał się udawać, że żyje, ze względu na Lenę, aby móc jej bronić. Żałował, że nie ma dla niego niebios, pod których opiekę mógłby oddać tę piękną, drgającą życiem garść prochu i popiołów — ciepłą, wrażliwą, jego własną — i bezbronną wobec obelg, napaści, poniżenia i bezgranicznej nędzy ciała.

Odwróciła głowę w milczeniu. Chwycił nagle jej biernie zwisającą rękę.

— Chcesz, aby to było grzechem? — rzekł. — Chcesz tego? Więc miejmy nadzieję, że jest nad nami miłosierdzie.

Potrząsnęła głową, nie patrząc na niego, jak zawstydzone dziecko.

— Pamiętaj — ciągnął dalej ze swą niepoprawną, subtelną ironią — że nadzieja jest cnotą chrześcijańską i że nie możesz zagarnąć dla siebie wszystkiego miłosierdzia.