Lena zerwała się, aby walczyć z obezwładnieniem, aby przekonać się, czy ciało będzie jej posłuszne. I tak się stało. Mogła stać na nogach i ruszać swobodnie ramionami. Choć nie znała się na fizjologii, doszła do przekonania, że źródło tego bezwładu jest w jej głowie, nie w członkach. Uspokoiła się, dziękując za to Bogu i szepnęła do Heysta:

— Jakże! Bóg wie o wszystkim — o najdrobniejszej rzeczy. Nic się nie może stać — —

— Tak — przerwał pośpiesznie — bez wiadomości Boga włos z głowy człowiekowi nie spadnie — to masz pewnie na myśli. — Zwykły, żartobliwy uśmiech pełen życzliwości znikł z jego ust pod marsowymi wąsami. — Widzę, że pamiętasz, co ci mówiono w niedzielnej szkółce, gdy byłaś jeszcze dzieckiem.

— Tak, pamiętam dobrze. — Opadła znów na krzesło. — To były jedyne dobre chwile w moim dzieciństwie; wiesz, chodziłyśmy wtedy do szkółki razem z dwiema córkami naszej gospodyni.

— Chciałbym wiedzieć, Leno — rzekł Heyst, wracając do tonu uprzejmej żartobliwości — czy jesteś tylko małym dzieckiem, czy też czymś równie dawnym jak świat.

Odrzekła sennie ku zdumieniu Heysta:

— A ty?

— Ja? pochodzę z czasów późniejszych — znacznie późniejszych. Nie mogę nazwać siebie dzieckiem, ale jestem czymś tak nowym, że mógłbym siebie określić jako człowieka ostatniej godziny — a może przedostatniej? Tak długo byłem poza wszystkim, że nie jestem pewien, jak daleko wskazówki zegara posunęły się odkąd... odkąd —

Spojrzał na portret wiszący tuż nad głową Leny — portret ojca, który zdawał się ignorować jej obecność z surowym wyrazem twarzy uwiecznionym przez malarza. Heyst nie dokończył zdania; ale po chwili ciągnął dalej:

— Trzeba starannie unikać błędnych wniosków, moja droga — szczególniej zaś teraz.