Heyst przezwyciężył niezmierną odrazę do wymienienia tej, której postać ukryta w lesie tkwiła wciąż przed jego oczami tragiczna i wzruszająca, wzniosła, budząca litość, i prawie święta dla niego. Ciągnął dalej z zakłopotaniem i pośpiechem:

— Gdyby nie dziewczyna, którą Schomberg prześladował obłąkaną i wstrętną namiętnością i która oddała mi się w opiekę — ten hotelarz nie byłby nigdy... ale pan wie o tym dobrze!

— Ależ nie wiem! — wybuchnął pan Jones ze zdumiewającym ogniem. — Ten człowiek chciał mi kiedyś opowiadać o jakiejś dziewczynie, którą stracił, ale powiedziałem mu, że nie myślę wysłuchiwać przeklętych babskich historii. Więc to miało związek z panem?

Heyst przypatrywał się spokojnie wybuchowi pana Jonesa, lecz wreszcie zaczął tracić cierpliwość.

— Cóż to za komedia? Przecież mi pan nie powie, że pan nie wiedział, że ja... że dziewczyna jest tutaj?

Po nieruchomym połysku białek pana Jonesa można było poznać, że oczy jego zastygły w głębi czarnych jam. Skamieniał w bezruchu.

— Tutaj! Jest tutaj! — krzyknął. — Niepodobna było nie odczuć w jego tonie zdumienia, zgorszonego niedowierzania — i czegoś w rodzaju lękliwego wstrętu.

Heyst poczuł także wstręt, ale innego rodzaju. On również nie wierzył Jonesowi. Żałował, że wspomniał w ogóle o Lenie; ale to się już stało, a teraz poniósł go zapał dysputy z obłąkanym bandytą.

— Czyż to możliwe, aby pan nie wiedział o tym ważnym fakcie? — dopytywał Heyst. — O tej jednej, jedynej prawdzie w całym steku kłamstw, którym pan tak łatwo uwierzył?

— Nie, nie wiedziałem — krzyknął pan Jones. — Ale Marcin wiedział — dodał słabym szeptem, który ledwie dosięgnął uszu Heysta.