Schomberg usiłował stawić odważnie czoło sytuacji, ale ten spokojny, czarny wzrok mu przeszkadzał. Gdy zaś spojrzał w bok niespokojnie, spotkał się z grymasem Ricarda odkrywającym mnóstwo zębów, choć zdawało się, że ten człowiek jest wciąż zatopiony w myślach.

— A w dodatku — ciągnął pan Jones odległym swoim głosem — nie może pan nic na to poradzić. Tu jesteśmy i tu pozostaniemy. Czyżby pan chciał nas wyrzucić? Pozwolę sobie zauważyć, że mógłby pan to zrobić; ale musiałby pan za to odpokutować — bardzo ciężko odpokutować. Możemy mu to obiecać, prawda Marcinie?

Sekretarz cofnął wargi i spojrzał ostro na Schomberga; zdawało się, że nie posiada się z chęci skoczenia na niego z zębami i pazurami.

Schomberg potrafił zdobyć się na głęboki śmiech:

— Ha! ha! ha!

Pan Jones zamknął oczy ze znużeniem, jak gdyby raziło go światło, i przez chwilę wyglądał zupełnie jak trup. To wcale nie było przyjemne; ale kiedy znów oczy otworzył, nastąpiła dla Schomberga jeszcze gorsza próba wytrzymałości nerwów. Widmowa siła tego wzroku, który utkwił w hotelarzu bez żadnego określonego wyrazu (to właśnie było najbardziej przerażające), zniweczyła resztki siły w jego charakterze.

— Pan chyba nie przypuszcza, że pan ma do czynienia ze zwykłymi ludźmi, co? — zapytał pan Jones swym martwym głosem, który zdawał się nieść jakąś groźbę z zaświata.

— On jest panem z panów — zaświadczył Marcin Ricardo i kłapnął nagle zębami, po czym jego wąsy zaczęły się ruszać same z siebie w dziwny, koci sposób.

— Och, ja nie o tym myślałem — odezwał się „zwykły sobie Jones”, zaś oniemiały Schomberg siedział ciężko na krześle, trochę pochylony, i wodził oczami od jednego do drugiego. — Naturalnie, że jestem szlachcicem; ale Ricardo przywiązuje zbyt wiele wagi do społecznego stanowiska. Mam co innego na myśli; więc na przykład — ten spokojny i niewinny Ricardo, jak go tu pan widzi, nie zawahałby się ani chwili, gdyby chodziło o podpalenie pańskiego wesołego zakładu. Zajęłoby się to jak pudełko od zapałek. Niech pan nad tym pomyśli! Nie pomogłoby to panu w interesach, prawda? A co by się potem stało z nami, mniejsza o to.

— No, no, panowie — upomniał szeptem Schomberg — Cóż to za dziki pomysł!