— Dziewięć razy na dziesięć wybierze pan tę kartę, którą ja zechcę — ucieszył się sekretarz, przy czym po jego wargach przebiegł dziwny skurcz, a w oczach mignęły zielone błyski.
Schomberg spoglądał na niego z góry, milcząc. Przez kilka sekund żaden z nich się nie poruszył; wreszcie Ricardo spuścił oczy i, rozwarłszy palce, upuścił talię na stół. Schomberg usiadł. Usiadł po prostu dlatego, że osłabły mu nogi — dla żadnej innej przyczyny. Usta miał suche. Raz usiadłszy, poczuł że trzeba coś powiedzieć. Wyprostował się jak na paradzie.
— Pan ma w tym dużo zręczności.
— Nabiera się wprawy — odparł sekretarz.
Jego kapryśna uprzejmość uniemożliwiła Schombergowi wycofanie się. Tak więc przez swoją bojaźliwość hotelarz wdał się w rozmowę, o której nie mógłby przedtem nawet pomyśleć bez trwogi. Należy oddać mu sprawiedliwość, że potrafił ukryć swój strach w zupełności. Dopomógł mu dzielnie zwyczaj wyprężania piersi i przemawiania srogim głosem. On także nabrał już wprawy; i prawdopodobnie byłby wytrwał aż do końca, do chwili ostatecznej, kiedy padłby wreszcie na podłogę, zmożony okrutnym wysiłkiem. W dodatku nie wiedział, co ma powiedzieć i to powiększało jego rozterkę.
Zdobył się tylko na uwagę:
— Pan pewnie lubi karty.
— A cóż pan myślał? — spytał Ricardo tonem filozoficznym i pełnym prostoty. — Jakżebym nie lubił? — I dodał z nagłym ogniem:
— Czy lubię karty? Pasjami!
Efekt tego wybuchu został jeszcze wzmocniony przez spokojne spuszczenie powiek i dyskretną pauzę, jak gdyby zwierzenie dotyczyło zupełnie innego rodzaju miłości. Schomberg wysilał mózg, aby znaleźć inny jakiś temat, ale nie zdołał nic wymyślić. Zwykłe skandaliczne plotki nie byłyby tu na miejscu. Ten awanturnik nie wiedział nic o nikim w promieniu tysiąca mil. Schomberg był prawie zmuszony trzymać się poprzedniego tematu.