Schomberg za późno ugryzł się w język i oprzytomniał zupełnie, widząc, że Ricardo cofa wargi w kocim grymasie; ale mimo to towarzysz „zwykłego sobie Jonesa” nie zmienił wygodnej, plotkarskiej pozy.

— Terefere! A jeśli on chciał mieć z powrotem swoje pieniądze, tak jak każdy oswojony sklepikarz, rzeźnik, szynkarz albo gryzmoła? Taki plugawy żółw jak pan i to ośmiela się wyrażać swoje zdanie o panu z panów! Prawdziwego pana nie tak łatwo poznać. Nawet i ja nie zawsze potrafię. Na przykład — wtedy, tamtej nocy, zwierzchnik pogroził mi tylko palcem w odpowiedzi. Kapitan zdziwił się bardzo i przerwał swoją głupią gadaninę.

— „Co takiego? co się stało?” — pyta.

— Co się stało! Było to ni mniej ni więcej, tylko odroczenie wyroku na niego.

— „Och nic” — odpowiada mój zwierzchnik. „Pan ma zupełną słuszność. To pień — nic innego, tylko pień”.

— Ha, ha! Nazywam to odroczeniem wyroku, bo gdyby kapitan plótł dalej, musiałoby się go jednak sprzątnąć. Ledwie się mogłem opanować, bo czułem, że drogocenny czas mija. Ale jego anioł stróż natchnął go widać, żeby zamilkł i poszedł spać. Wściekałem się ze złości nad straconym czasem.

— „Dlaczego nie dał mi go pan łupnąć po głupim czerepie” — pytam.

— „Tylko bez dzikości, bez dzikości” — mówi i grozi mi palcem z największym spokojem.

— Niepodobna opisać, jak prawdziwy pan zachowuje się w takich wypadkach. Nie zniecierpliwi się nigdy. To nie uchodzi. Nigdy pan nie zobaczy go w uniesieniu — nikt po nim nic nie pozna. Dzikość jest także w złym tonie — nauczyłem się przy nim i tego, i wielu innych rzeczy. Taką mam szkołę, że nie pozna pan po mojej twarzy, czy nie dźgnę pana za chwilę — a mógłbym w mig to zrobić. Mam nóż w nogawce od spodni.

— Nieprawda! — zawołał Schomberg z niedowierzaniem.