Schomberg, bardzo zgnębiony, słuchał z otwartymi ustami.
— Ale skąd się to bierze? Dlaczego on jest taki? Nie rozumiem.
— A mnie się zdaje, że rozumiem — rzekł Ricardo. — Otóż — pan z panów nie jest takim prostym stworzeniem jak pan albo ja i nie tak łatwo nim powodować33. Gdybym tylko miał coś, czym bym mógł ruszyć go z miejsca!
— Co pan chce przez to powiedzieć? — mruknął beznadziejnie Schomberg.
Ta tępota zniecierpliwiła Ricarda.
— Czy pan nie rozumiesz po angielsku? Słuchajże pan. Nie mógłbym przecież poruszyć tego bilardu, nawet gdybym mówił do niego aż do końca świata — prawda? No więc z moim szefem jest to samo, kiedy dostanie ataku. Nudzi się. Nic go nie obchodzi, niczego mu się nie chce. Ale gdybym zobaczył leżącą tu gdzie sztabę od kabestanu34, prędko bym przesunął ten pański bilard o dobrych kilka cali. Ot i wszystko.
Wstał z miejsca bez szelestu, przeciągnął się giętko i cicho — przy czym wykręcił dziwacznie w bok głowę, a krępe jego ciało niespodzianie się wydłużyło — spojrzał z ukosa w stronę drzwi i wreszcie oparł się o stół, skrzyżowawszy ramiona na piersiach w najzupełniej ludzkiej postawie.
— Jest jeszcze jedna rzecz, po której można poznać pana: to kapryśny charakter. Prawdziwy pan od nikogo nie zależy, tak jak włóczęga na drodze. Jest panem swego czasu. Raz dostał zwierzchnik takiego ataku w górskiej mieścinie meksykańskiej, w zapadłym kącie kraju. Leżał przez cały dzień w ciemnym pokoju.
— Pijany? — To słowo wymknęło się Schombergowi niebacznie; zaniepokoił się tym bardzo. Ale przywiązany sekretarz uznał najwidoczniej pytanie za zupełnie naturalne.
— Nie, to się nigdy nie zdarza razem z takim atakiem. Więc szef leżał jak długi na macie, a obszarpany, bosy chłopiec, którego znalazł na ulicy, siedział w patio między dwoma oleandrami blisko otwartych drzwi pokoju i brzdąkał na gitarze, śpiewając mu tristes35 od rana do wieczora. Pan wie, tristes — twang, twang, twang, au, hu! Chru, yah!