— Diabli wiedzą, czego ten podły Szwed jej zadał — co jej obiecał, jak ją nastraszył. Wiem, że nie mógł jej się podobać. — Próżność Schomberga trzymała się mocno wiary w jakieś okrutne, niezwykłe, uwodzicielskie praktyki Heysta. — Niech pan pamięta, jak urzekł tego biednego Morrisona — mruknął.
— Aha, Morrisona — obdarł go z pieniędzy, co?
— Tak — i z życia.
— To straszny człowiek, ten szwedzki baron! Jak się do niego dobrać?
Schomberg wybuchnął:
— Trzech na jednego! Czy strach pana wstrzymuje? A może pan chce wziąć ode mnie list polecający?
— Popatrz pan w lustro — rzekł spokojnie Ricardo. — Niech mnie powieszą, jeśli pan zaraz nie dostanie jakiegoś ataku. I to jest człowiek, który mówi, że kobiety nie mogą nic zrobić! Już ta jedna dla pana wystarczy, jeżeli pan nie potrafi jej zapomnieć.
— Chciałbym ją zapomnieć — przyznał poważnie Schomberg. — A wszystkiego narobił ten Szwed. Bardzo źle sypiam, panie Ricardo. I jeszcze na dobitkę wyście się zjawili... jakbym i tak już nie miał dosyć.
— To panu dobrze zrobiło — wygłosił sekretarz z ironiczną powagą. — Oderwało pańskie myśli od tego głupiego zmartwienia. Doprawdy — w pańskim wieku!
Zamilkł, niby zdjęty litością, i rzekł odmiennym tonem: