Groźna, złowroga gotowość, z jaką Ricardo pokazywał pazury — niby kot — na zawołanie, przestraszyła Schomberga jak zwykle. Ale w zachowaniu się Ricarda było także coś wyzywającego.
— A pan? — bronił się. — Nie wmówi pan we mnie, że nie jest pan gotów na wszystko!
— Ja, mój kochany? Naturalnie. Ja nie mam wielkopańskich manier, tak samo jak pan. Wziąć dziewczynę za gardło, czy uszczypnąć ją pod brodą, to dla mnie prawie to samo — zapewnił Ricardo, a z uprzejmego tonu jego słów przebijał akcent nieuchwytnej ironii. — No, a teraz do rzeczy. Trzydniowa wycieczka w dobrej łodzi to nic zastraszającego dla takich ludzi jak my. Jak dotąd ma pan rację; ale są jeszcze inne szczegóły.
Schomberg zajął się szczegółami z całą gotowością. Objaśnił, że posiada niewielką plantację na Madurze z wcale przyzwoitym szałasem. Zaproponował, aby goście opuścili miasto w jego łodzi, niby to wybierając się na wycieczkę do tej wiejskiej miejscowości. Urzędnicy celni na bulwarze widują często jego łódź wyruszającą na takie przejażdżki.
Wypocząwszy nieco na Madurze, pan Jones i jego towarzysze wyruszą we właściwą podróż, wybrawszy dzień odpowiedni. Wszystko pójdzie jak z płatka. Schomberg zaopatrzy łódź w żywność. W najgorszym razie może ich spotkać łagodny, rzęsisty deszcz. O tej porze roku nie zdarzają się porządne burze.
Serce Schomberga zaczęło walić w piersi, gdyż zrozumiał, że zbliża się godzina zemsty. Rzekł chrypliwie ale przekonywająco:
— Bez ryzyka — bez żadnego ryzyka!
Ricardo odsunął niecierpliwym gestem te zapewnienia. Myślał o innym niebezpieczeństwie.
— Tak, odjazd poszedłby gładko; ale mogliby nas zobaczyć na pełnym morzu i to by później wywołało nieprzyjemności. Łódź okrętowa z trzema białymi ludźmi, kręcąca się po morzu daleko od wybrzeża, na pewno ściągnęłaby na siebie uwagę. Czy możemy spotkać kogo po drodze?
— Nie, wyjąwszy chyba jaki statek krajowców — odrzekł Schomberg.