— Nie musisz pić — mruknął pośpiesznie Jim.

Nie zrozumiałem z początku, spojrzałem tylko na niego. Wziął duży łyk i siedział spokojnie, trzymając spodeczek w lewej ręce. Zrobiło mi się ogromnie nieprzyjemnie.

— Po cóż u diabła — szepnąłem, uśmiechając się uprzejmie — narażasz mnie w tak głupi sposób?

Wypiłem, rozumie się, cóż było robić i natychmiast pożegnaliśmy się. Gdyśmy szli przez dziedziniec do naszej łodzi w towarzystwie inteligentnego i ruchliwego kata, Jim wyraził swój żal. Naturalnie, że istnieje pewne ryzyko, ale on osobiście nie pomyślał nigdy, że może być otruty. Upewniał mnie, że ponieważ uważają go za bardziej pożytecznego, niż szkodliwego, więc...

— Ależ radża straszliwie się ciebie obawia. Każdy to widzieć musi — mówiłem, przyznaję, trochę kwaśno, śledząc niespokojnie, czy się nie dostrzegę jakichś objawów otrucia.

— Jeżeli mam coś dobrego tu zrobić i utrzymać się na stanowisku — mówił siadając obok mnie w łodzi — to muszę ryzykować: przechodzę przez to przynajmniej raz na miesiąc. Boi się mnie! Tak. Ale prawdopodobnie dlatego boi się mnie, że ja się nie obawiam jego kawy!

Następnie pokazał mi północną stronę oszańcowania, gdzie zaostrzone wierzchołki kilku pali były złamane.

— Tędy przeskoczyłem trzeciego dnia mego pobytu w Patusanie. Nie włożyli dotąd nowych pali. Dobry skok, co?

W chwilę później przebywaliśmy jakąś bagnistą przestrzeń.

— To mój drugi skok. Uciekałem i padłem. Myślałem, że już tu skórę swą zostawię. Straciłem trzewiki, taplając się w tym błocie; cały czas rozmyślałem, jak to łatwo otrzymać pchnięcie długim oszczepem, gdy siedzi się w błocie. Pamiętam, jak mdło mi się robiło, gdy walczyłem z lepkim mułem.