— O! Każ mu być cicho! — jęknął z rozdrażnieniem drugi chory.

— Nie wierzysz mi pan, przypuszczam — odezwał się znowu mój chory z wyrazem przechwałki i zarozumiałości. — Mówię panu, że nie ma takich drugich oczu jak moje. Spojrzyj pod łóżko.

Rozumie się, że natychmiast pochyliłem się; przekonany jestem, że każdy by to zrobił.

— Co tam pan widzisz? — spytał.

— Nic — odparłem, wstydząc się strasznie samego siebie.

Patrzył na mnie z wyrazem dzikiej, głębokiej pogardy.

— Rozumie się — rzekł — ale gdybym ja tam zajrzał — widziałbym — nie ma takich oczu jak moje, już ja to panu mówię. — Znów schwycił me ramię, ciągnął w dół, chcąc ulżyć sobie poufnym zwierzeniem. — Miliony różowych żab! Nie ma takich oczu jak moje. Miliony różowych ropuch! To gorzej niż patrzeć na tonący okręt. Mógłbym patrzeć na tonący okręt cały dzień i palić fajkę. Dlaczego nie oddają mi mojej fajki? Paliłbym sobie, pilnując tych ropuch. Okręt przepełniony był nimi. Trzeba było je pilnować, pan rozumie!

Mrugnął okiem figlarnie. Z mojej głowy pot kroplami spadał na niego, mundur przylgnął mi do mokrych pleców; popołudniowy wietrzyk wdzierał się przez otwarte okna, ciężkie fałdy firanek poruszały się na metalowych kijach, kapy pustych łóżek powiewały wzdłuż całej linii, a ja drżałem zziębnięty do szpiku kości. Łagodny wiatr podzwrotnikowy igrał sobie w tej nagiej sali szpitalnej jak wiatr zimowy w starej, pustej stodole u nas.

— Niech pan mu nie daje wpadać w pasję — krzyczał z daleka rozpaczliwie gniewny głos, który, obijając się o mury, robił wrażenie głosu dobywającego się z tunelu.

Palce jak szpony wpijały się w moje ramię: spoglądał na mnie spod oka porozumiewawczo.