Litość brała na myśl o tej dziewczynie, stojącej tam nieruchomo; kroki Jima sprawiały donośny hałas, gdy w grubych butach wchodził na werandę.

— Jak to? Po ciemku? — zawołał zdziwiony. — A cóż wy tak po ciemku robicie?

Po chwili ujrzał ją zapewne.

— Hallo, dziewczyno moja! — zawołał radośnie.

— Hallo, mój chłopcze! — odparła natychmiast.

Tak się zwykle witali z sobą, a pewna junakieria41, brzmiąca w jej głosie o wysokich tonach, nadawała mu dziecinny urok. Sprawiało to niewymowną przyjemność Jimowi. Po raz ostatni słyszałem to ich powitanie i poczułem chłód w sercu. Głos był niby ten sam, ale ja w nim odczułem — bolesny jęk.

— A co zrobiłaś z Marlowem? Czy poszedł spać? To dziwne, że go nie spotkałem... Czy jesteś tam, Marlowie?

Milczałem. Nie myślałem wracać do domu — nie teraz w każdym razie. Doprawdy, nie mógłbym; gdy Jim mnie wołał, usiłowałem uciec przez małą furtkę, prowadzącą do nowo wykarczowanego kawału gruntu. Nie; nie mógłbym teraz stanąć przed nimi.

Szedłem przed siebie ze spuszczoną głową. Tu i ówdzie leżały powalone drzewa; trawa została wypalona.

Jim miał tu założyć plantację kawy.