Marlow umilkł, jakby oczekując na odpowiedź. Nikt się nie odezwał.
— Tak — mówił dalej. — Nikt nie może tego wiedzieć, ponieważ prawda może być wydarta z nas tylko przez jakąś okrutną, straszną katastrofę. Ale on był jednym z nas i mógł powiedzieć, że jest zadowolony... prawie. Pomyślcie tylko! Prawie zadowolony. Wobec tego, cóż mogły znaczyć uboczne rzeczy? Czyż mógł dbać o to, kto go podejrzewa, nie wierzy mu, kocha go lub nienawidzi — tym bardziej, jeżeli nienawidził go taki Cornelius? (...)
Z takiego wroga Jim nic sobie nie robił.
— Kochany Marlowie — mówił — czuję, że gdy będę szedł prostą drogą, nic nie może mnie dotknąć. A ja przecież tak postępuję. Byłeś tu dość długo, przyglądałeś się i powiedz szczerze, czyż nie jestem najzupełniej bezpieczny. Wszystko ode mnie zależy. A, na Jowisza, niemało ufam sobie! Najgorszą rzecz, jaką może zrobić — to zabić mnie. Ani przez chwile taka myśl nie powstała w mej głowie. Nie mógłby, rozumiesz to — choćbym mu podał do ręki nabitą fuzję i odwrócił się do niego plecami. To tchórz nieporównany. A gdyby nawet mógł to uczynić i uczynił? Więc — cóż? Przecież ja nie po życie tu przybyłem — prawda? Chciałem odgrodzić się murem od całego świata, no, więc zostanę tu...
— Póki zupełnie nie będziesz zadowolony — pospieszyłem powiedzieć.
Siedzieliśmy wówczas pod płóciennym dachem, rozpiętym nad jego łodzią; dwadzieścia wioseł jednocześnie biło o wodę, tworząc jeden plusk, a za naszymi plecami Tamb’ Itam rzucał spojrzenia na prawo i lewo, sterując uważnie olbrzymią łodzią. Jim pochylił głowę i nasza ostatnia rozmowa rwała się jakoś. Odprowadzał mnie on aż do ujścia rzeki. Mój statek wypłynął dzień wcześniej, a ja pozostałem dłużej.
Jim nierad był, że w ogóle wspominałem Corneliusa. Co prawda, niewiele powiedziałem. Ten człowiek był zbyt mało znaczący, by mógł być niebezpieczny, pomimo, że nienawiść przelewała się w jego sercu; tytułował mnie „czcigodnym panem” co drugie słowo i jęczał u mego boku, przeprowadzając mnie od grobu „nieboszczki żony”, do wrót posiadłości Jima. Skarżył się, że jest najnieszczęśliwszym człowiekiem, ofiarą, zdeptaną jak robak; błagał, bym spojrzał na niego. Za nic w świecie nie odwróciłbym głowy w tym celu; ale rzuciwszy ukośne spojrzenie, widziałem jego wstrętny cień sunący obok niego, a księżyc, wiszący po prawej naszej stronie, patrzył spokojnie na to widowisko. Usiłował wytłumaczyć się — jak już wam mówiłem — ze swego udziału w wydarzeniach pamiętnej nocy.
— Ocaliłbym go, czcigodny panie! Ocaliłbym go za osiemdziesiąt dolarów! — mówił słodziutkim tonem.
— Ocalił się sam — odparłem — i przebaczył ci!
Usłyszałem jakiś chichot, odwróciłem się, a on już gotów był do ucieczki.