...Przypuszczam, że nie zapomniał Pan o Jimie — tymi słowy zaczynał się list. — Pan jeden okazał zainteresowanie tym, który przeżył opowiadaną wam historię, choć, pamiętam doskonale, nie wierzył Pan, że okiełznał on już swój los. Przepowiadał Pan, że wyczerpie się i obrzydnie mu wszystko, chociaż spełni swe zadanie, odzyska honor i zazna miłości. Mówił Pan, że zna dobrze „tego rodzaju sprawy”, złudne zadowolenie i nieuniknione rozczarowanie. Powiedział Pan również — pamiętam to dobrze — że „poświęcać im życie (im, to jest ludzkości o skórze ciemnej, żółtej lub czarnej), to jakby się duszę zaprzedawało dzikiej bestii”. Utrzymywał Pan, „że tego rodzaju rzecz” można znieść i wytrzymać, gdy jest oparta na stałym przekonaniu o prawdzie idei, które do nas, jako do pewnej rasy, należą, w imię których powstał porządek i moralność etycznego postępu. „Musimy czuć za plecami ich siłę — mówił Pan — musimy wierzyć w ich konieczność i sprawiedliwość, by ofiara z naszych jestestw nabrała istotnej wartości”. „Bez tego poświęcenie jest tylko zapomnieniem, całopaleniem swej istoty — prostą zgubą”. Innymi słowy, twierdził Pan, że walczyć musimy w szeregach, albo też życie nasze nie liczy się. Możliwe! Pan musi to wiedzieć, Pan, który sam, bez niczyjej pomocy dawał sobie radę w niejednej przygodzie i wychodził Pan z nich nie osmoliwszy sobie skrzydeł. Jim był pozostawiony samemu sobie i powstaje pytanie, czy na koniec nie wyznawał wiary w siłę potężniejszą niż prawa ogólnego porządku i postępu.

Ja nic nie twierdzę. Może po przeczytaniu — Pan zdoła orzec. Nie jesteśmy w stanie dokładnie mu się przyjrzeć, tym bardziej, że ostatnie spojrzenie możemy na niego rzucić jedynie za pośrednictwem cudzych oczu. Nie waham się podzielić z Panem szczegółami ostatniego epizodu, który, jak się zwykł wyrażać, „przyszedł do niego”. Może to była ta ostatnia okazja, na którą, zdaje mi się, czekał nieustannie, by móc sformułować przesłanie do tego nieubłaganego świata. Pamięta Pan, że gdyśmy się po raz ostatni żegnali, spytał, czy prędko powrócę do domu i nagle krzyknął za mną: „Powiedz im...” Czekałem — z ciekawością, przyznaję — i nadzieją także, a on krzyknął tylko: „Nie, nic!” Oto wszystko, nic więcej; żadnego przesłania nie będzie, chyba to, jakie każdy z nas może wyciągnąć dla siebie z wymowy faktów, będących tak często bardziej zagadkowymi niż najzręczniej ułożone procesy. Co prawda, raz usiłował wyzwolić się, ale to mu się nie udało, jak się Pan przekona, jeżeli zechce Pan przejrzeć dołączony tu szary arkusz. Usiłował napisać. Widzisz nagłówek: „Fort Patusan”. Zdaje mi się, że powziął plan zamienienia swego domu na miejsce obronne. Była to myśl doskonała: głęboki rów, wał z palisadą, a po rogach ustawione na platformach — działa. Doramin chciał mu dostarczyć broni palnej; w ten sposób każdy człowiek z ich partii wiedział, że jest jedno bezpieczne miejsce, do którego wszyscy wierni partyzanci mogą zbiec się w chwili niebezpieczeństwa. To wszystko świadczyło o jego zdolnościach przewidywania i o tym, że wierzył w przyszłość. Ci, których nazywał „swoimi ludźmi” — uwolnieni z niewoli szeryfa — mieli skupić się razem i pobudować się w obrębie fortyfikacji, tworząc tym sposobem oddzielną część Patusanu. „Fort Patusan”, żadnej daty, jak Pan widzi. Czymże jest cyfra lub nazwa wobec tego wyjąkowego dnia? O kim on myślał, kreśląc te słowa — nie wiadomo. (...) Schwycił raz drugi za pióro i napisał: „Stała się rzecz straszna... muszę natychmiast...” pióro prysnęło atramentem i koniec. (...)

Historię ostatnich wypadków znajdzie Pan w tych kilku załączonych kartach. Przyznać Pan musi, że romantyczność jej przechodzi wszelkie najdziksze młodzieńcze marzenia, a zarazem zdaje mi się, że jest w niej pewna straszna, głęboka logika, tak jak gdyby jedynie nasza imaginacja roztaczała nad nami potęgę przygniatającego nas losu. Nieostrożność naszych myśli spada na nasze głowy; kto z mieczem igra, od miecza ginie. Ta nadzwyczajna przygoda, w której to jest najdziwniejsze, że jest prawdziwa, zjawia się jak nieunikniona konsekwencja. Coś podobnego zdarzyć się musiało. Powtarzasz sobie pytanie: czy taka rzecz zdarzyć się mogła? A jednak zdarzyła się — i tu o logice tego wypadku roztrząsać nie można.

Przedstawiam ci to tak, jak gdybym był naocznym świadkiem. Moje informacje były urywkowe, ale zlepiłem wszystkie kawałki i wytworzył się dość jasny obraz. Ciekawy jestem, jak on by to sam opowiedział. Z tylu rzeczy zwierzył mi się, iż czasami zdaje mi się, że on musi zaraz się zjawić i opowiedzieć tę historię własnymi słowami, głosem niby obojętnym, a pełnym uczucia, trochę zdziwiony, znudzony, trochę dotknięty, ale tu i ówdzie wypowiadający słowo lub zdanie pozwalające rzucić spojrzenie na jego wewnętrzną istotę, tak trudną i niepodatną do orientowania się w niej. Trudno uwierzyć, że on już nigdy nie przyjdzie. Nie usłyszę już więcej jego głosu, nie ujrzę jego ogorzałej twarzy z białą linią na czole i młodzieńczych oczu, przechodzących w uniesieniu w ciemną, głęboką, bezdenną barwę błękitu.

Rozdział XXXVII

Zaczyna się to od wielkiego dzieła dokonanego przez niejakiego Browna, który z najzupełniejszym powodzeniem wykradł statek hiszpański z małej zatoki w pobliżu Zamboanga. Zanim się spotkałem z tym człowiekiem, informacje moje były bardzo niedokładne, ale zupełnie niespodziewanie natknąłem się na niego w ostatnich godzinach jego życia. Na szczęście, chciał i mógł mówić jeszcze wśród duszących ataków astmy, a wyschłe jego ciało wiło się ze złośliwej radości na samo wspomnienie Jima. Radował się, „że i tak w końcu odpłacił się mu”. Pieścił się wspomnieniem czynu swego. Musiałem znieść ponure spojrzenie jego zapadłych, zmarszczkami otoczonych oczu, jeżeli chciałem dowiedzieć się czegoś; więc znosiłem je, rozmyślając o tym, jak pewna forma zła pokrewna jest szaleństwu, wypływa ze spotęgowanego egoizmu, podsycana jest oporem, duszę szarpie na strzępy, dając sztuczną moc ciału. Historia ta odkrywa także niepodejrzewane głębie chytrości nędznego Corneliusa, którego odrażająca a potężna nienawiść działała niby subtelne natchnienie, wskazując mu niezawodnie drogę ku zemście.

— Gdy tylko spojrzałem na niego, zrozumiałem, jakim jest głupcem! — mówił ciężko, dysząc, dogorywający Brown. — To miał być mężczyzna! On! To był żałosny blagier! Gdyby był mężczyzną, to by powiedział do mnie: „Łapy precz od mojego łupu!”. Bodaj go zaraza! Do diabła z tą jego wyższą duszą! Miał mnie tam, ale nie zdobył się na to, by załatwić się ze mną jak należało. Taki osioł puścił mnie żywego, jakbym nie był wart nawet kopniaka!... — Brown rozpaczliwie walczył, by chwycić odrobinę tchu. — Puścił mnie... Więc ja musiałem z nim skończyć... nie mogłem znieść, że on panował tam... gdzie ja... siedziałem jak szczur w pułapce... Zdaje mi się... że muszę... ale... umrę zadowolony. Pan... nie wiem jak się nazywasz... ale dałbym ci banknot pięciofuntowy — gdybym go miał — za możność wygadania się... — jakem Brown — wykrzywił się wstrętnie — szlachetny Brown!

Mówił to wszystko, dysząc straszliwie, patrząc na mnie żółtymi oczyma, wyłażącymi ze zniszczonej, ciemnej twarzy; wymachiwał lewą ręką; zmierzwiona, szpakowata broda sięgała mu prawie do kolan, brudna, podarta kołdra zakrywała mu nogi. Znalazłem go w Bangkoku za pośrednictwem tego ruchliwego Schomberga, hotelarza, który zaprowadził mnie do umierającego. Okazało się, że jakiś pijak, włóczęga — biały, żyjący wśród tuziemców z żoną Syjamką — uważał sobie za wielki honor dać przytułek umierającemu, sławnemu Brownowi. (...)

Konający mówił gorączkowo, ale często w środku słowa niewidzialna ręka chwytała go za gardło i wówczas patrzył na mnie milcząc, z wyrazem wątpliwości i strachu. Zdawało się, że lęka się, bym nie znudził się opowiadaniem; bo gdy odejdę, on nie zdoła wypowiedzieć wszystkiego i nie wyrazi swego zadowolenia! Umarł zdaje się w ciągu nocy, ale wypowiedział do końca historię swego wspaniałego czynu. (...)

Szlachetnie urodzony wcześnie zaczął karierę łotra awanturnika, a przeszedłszy rozmaite stopnie upadku moralnego i materialnego — stał się postrachem mórz i oceanów, gdyż zebrał garstkę podobnych mu ludzi, włóczył się w celach rabunku i gwałtu na skradzionym statku (o tej kradzieży opowiadają sobie marynarze po świecie całym), a bezczelną odwagą i szatańskim sprytem obdarzony, wywijał się zawsze z rąk poszukujących go władz. Nareszcie odwróciło się od niego szczęście i razem ze swą załogą, nędzą, głodem, chorobami do postaci szkieletów doprowadzoną — postanowił szukać ratunku w Patusanie, dokąd przybył na wielkiej łodzi, pozostawiając statek swój pod opieką jednego z załogi, resztę zabierając z sobą. Początkowo miał zamiar tylko wybłagać dla siebie żywność, ale widząc zamożność obszernej siedziby ludzkiej, powziął szalony zamiar zagarnięcia jej dla siebie, licząc na to, że tuziemcy nie zdołają się oprzeć niespodzianej napaści białych, uważanych przez nich za istoty wyższe, obdarzone nadprzyrodzoną siłą. Morderczym ogniem zaznaczył wjazd swój do Patusanu, postanawiając wzniecić pożar ze wszystkich stron i puścić z dymem wszelkie siedziby ludzkie, aby stać się panem całej okolicy. Może by i udał mu się ten szalony zamiar, gdyż tuziemcy przekonani byli, że za tą łodzią z garstką białych sunąć muszą zbrojne okręty z całą armią chciwych napastników, ale Dain Warris, obdarzony odwagą niezwykłą u tej rasy i wierzący w niezwalczoną potęgę Jima, który dzień przedtem udał się w głąb kraju dla załatwienia jakichś nieporozumień międzyplemiennych, postanowił bronić się do upadłego. Biali zapędzeni na wysepkę, znaleźli się w krytycznym położeniu i zrozpaczony Brown zrozumiał, że nadeszła dla niego ostatnia godzina. Ale chytry Radża zapragnął skorzystać z okoliczności, wysłał do napastników Corneliusa i obiecał im swą pomoc, jeżeli oni wzamian pomogą mu w odzyskaniu dawnej władzy. Corneliusowi rola takiego pośrednika bardzo dogadzała, pragnął się teraz zemścić i zgubić Jima, uknuł więc z Brownem piekielny plan.