— Patrz pan, co za tchórzliwy kundel!

Napływający w tej chwili tłum rozdzielił nas. Ja oparłem się o mur i zostałem, a tamten poszedł dalej i znikł mi z oczu. Jim obejrzał się wokoło. Postąpił krok naprzód i zatarasował mi drogę. Byliśmy sami, patrzył na mnie z wyrazem stanowczego postanowienia. Zrozumiałem, że jestem odcięty od ludzi i, że tak się wyrażę, stoję jak w pustym lesie. Na werandzie nie było już nikogo, w sali sądowej zaległa zupełna cisza, gdzieś, w głębi gmachu jakiś krajowiec skomlał obrzydliwie. Pies, który usiłował przemknąć się przez drzwi, siadł pośpiesznie, by urządzić polowanie na trapiące go pchły.

— Czy pan mówił do mnie? — spytał Jim bardzo cicho, pochylając się naprzód, nie ku mnie, lecz na mnie, jeżeli rozumiecie, co chcę przez to powiedzieć.

Odparłem natychmiast: „Nie!” Coś w dźwięku tego spokojnego głosu ostrzegło mnie, bym miał się na baczności. Nie spuszczałem go z oka. Było to jak spotkanie w lesie, tylko mniej pewny był jego wynik, ponieważ Jim prawdopodobnie nie czyhał ani na moje pieniądze, ani na życie — nie mogłem więc mu oddać pieniędzy ani też bronić się z całą samowiedzą.

— Powiedziałeś pan, że nie — rzekł ponurym głosem. — Ale ja słyszałem.

— To jakaś pomyłka — zaprzeczyłem, nie spuszczając z niego oka.

Patrząc na tę twarz, zdawało mi się, że patrzę na niebo, przybierające ponurą barwę przed uderzeniem piorunu; nieznaczne cienie pogłębiały się, mrok nabierał większego natężenia w spokoju dojrzewającego gwałtownego wybuchu.

— O ile wiem, nie otworzyłem do pana ust — powiedziałem w zupełnej zgodzie z prawdą.

Ja także zacząłem się trochę gniewać z powodu niedorzeczności tego spotkania. Teraz sobie przypominam, że nigdy nie byłem tak bliski bójki — mówię to dosłownie — bójki na pięści jak wówczas. Przypuszczam, że niewyraźnie odczuwałem tę ewentualność w powietrzu. Właściwie nie groził mi. Przeciwnie, był najzupełniej bierny — rozumiecie? — ale pochylał się coraz bardziej i chociaż nie był nadmiernie wielki, czuło się, że może mur rozwalić. Uspakajającym dla mnie objawem było pewnego rodzaju wahanie się, jakie w nim zauważyłem. Przyjąłem je za naturalny skutek wyraźnej szczerości mego zachowania i tonu. Patrzyliśmy sobie w oczy. W sali toczyła się druga sprawa. Pochwyciłem słowa: „Tak... bawół... kij... bardzo przerażony...”

— Cóż to miało znaczyć, że pan cały ranek patrzył na mnie? — spytał w końcu Jim.