Było to uroczyste, a zarazem trochę śmieszne, takie zwykle są walki jednostki usiłującej ocalić swe wyobrażenie o tym, czym powinna być jej moralna istota, to drogocenne pojęcie konwencji, ta zasada gry jedna tylko, ale straszna w skutkach przez przywłaszczanie sobie nieograniczonej władzy nad naturalnymi instynktami, przez straszne karanie za błędy. Rozpoczął swą historię dość spokojnie. Na parowcu linii Dale, który widząc tych czterech ludzi o zmierzchu, samych na falach oceanu — zabrał ich na swój pokład — poddani zostali pierwszemu badaniu. Tłusty kapitan wymyślił jakąś historię, inni milczeli i z początku to uszło. Nie można przecie męczyć pytaniami biednych rozbitków, których się uratowało jeżeli nie od okrutnej śmierci, to przynajmniej od strasznych cierpień. Później, po namyśle, oficerowie „Avondale” musieli zrozumieć, „że coś w tej sprawie jest niejasnego”, ale, naturalnie, zachowali swe wątpliwości dla siebie. Zabrali na swój pokład kapitana, pomocnika i dwóch maszynistów z Patny, która zatonęła i to zapewne im wystarczało. Nie pytałem Jima, jakich doznawał uczuć podczas tych dziesięciu dni spędzonych na pokładzie. Ze sposobu jego opowiadania wywnioskowałem, że był częściowo oszołomiony odkryciem, jakiego dokonał na samym sobie — i bez wątpienia pracował nad tym, by móc to wytłumaczyć jedynemu człowiekowi, zdolnemu ocenić całą tego doniosłość. Trzeba zrozumieć, że nie myślał o zmniejszaniu jego ważności i tu właśnie leży jego zasługa. Co zaś do odczuć, jakich doznał po wylądowaniu i usłyszeniu niespodziewanej konkluzji sprawy, w której odegrał tak smutną rolę — nie mówił mi nic i trudno to odgadnąć. Czy uczuł, że mu się grunt spod nóg usuwa? — nie wiem. Całe dwa tygodnie oczekiwał w „Domu Marynarzy”, a że tam jednocześnie było kilku innych, zebrałem o jego zachowaniu się pewne wiadomości. Zdaniem tych ludzi Jim był ponurą bestią. Cały ten czas spędził na werandzie, leżąc na bujaku, wstając tylko do jedzenia lub późnym wieczorem i włóczył się wówczas samotnie, oderwany od swego otoczenia, niezdecydowany, milczący jak duch niemający domu, w którym mógłby straszyć.
— Nie wiem, czy powiedziałem przez cały ten czas trzy słowa do jakiejś żywej istoty — rzekł i zaraz dodał — Jeden z tych ludzi z pewnością wypaplałby coś, o czym ja postanowiłem nie rozmawiać, a nie chciałem, by doszło do jakiejś sprzeczki. Nie! Nie wtedy! Byłem zanadto... zanadto... Nie byłem do niej usposobiony...
— Więc belka wytrzymała?
— Tak — szepnął — wytrzymała. A przysięgam panu, że czułem, jak ustępowała mi pod ręką.
— Czasami stare żelastwo jest ogromnie wytrzymałe — rzekłem.
Oparty o tylną poręcz fotela, z nogami sztywno wyciągniętymi i obwisłymi rękami, kilkakrotnie kiwnął głową. Trudno sobie wyobrazić coś smutniejszego. Nagle podniósł głowę i wyprostował się.
— Ach, jakaż sposobność zmarnowana! Boże mój, jak zmarnowana! — krzyknął, ale to ostatnie słowo brzmiało jak jęk wydarty bólem.
Znów siedział w milczeniu, strasznie tęsknym wzrokiem patrząc w dal, jakby szukając tej zmarnowanej okazji odznaczenia się; rozwarte nozdrza zdawały się chwytać upajającą woń tej zmarnowanej sposobności. Skrzywdzilibyście mnie myśląc, że patrzyłem na to spokojnie! Ach, jakąż ten biedak miał imaginację! Widziałem w tym spojrzeniu, wlepionym w ciemną noc, jak cała jego wewnętrzna istota przeniosła się do pełnego złudzeń państwa bohaterskich aspiracji. Nie miał czasu żałować tego, co stracił, całkowicie i naturalnie odczuwając to, czego mu się nie udało otrzymać. Był ode mnie niezmiernie daleko, chociaż siedziałem o trzy kroki od niego. Z każdą chwilą pogrążał się głębiej w nieistniejący świat romantycznych czynów. Dotarł nareszcie do samego jądra i dziwny wyraz wniebowzięcia rozlał się na jego rysach, oczy błysnęły mu w świetle świec palących się na stole: niewątpliwie uśmiechał się! Dotarł do serca, do samego serca. Był to pełen uniesienia uśmiech, jaki nigdy nie pojawia ani na mojej, ani na waszej twarzy, kochani towarzysze. Przywołałem go do przytomności, mówiąc:
— Gdyby pozostał pan na parowcu, chce pan powiedzieć!
Zwrócił się ku mnie ze wzrokiem zdumionym i pełnym bólu, ze zdziwioną, cierpiącą twarzą, jak gdyby zleciał na dół z jakiejś gwiazdy. Ani ja, ani wy, ani żaden z ludzi wyglądać tak nie będzie. Zadrżał, jak gdyby czyjaś zimna dłoń dotknęła jego serca. Nareszcie westchnął. Nie byłem w litościwym usposobieniu. Taki nastrój wywołały jego sprzeczne zwierzenia.