Wszystko go zdradziło! Dopadła go tego wyższego rodzaju rezygnacja, która nie pozwoliła mu ruszyć jednym palcem, podczas gdy tamci, mający doskonale jasne pojęcie sytuacji, popychali się wzajemnie, rozpaczliwie pracując nad uwolnieniem łodzi. Coś się tam zepsuło w ostatniej chwili. Musiał to być ciekawy widok — gorączkowa praca tych nędzników na nieruchomym parowcu zapadającym powoli w ciszę uśpionego świata: walczyli oni z upływającym czasem, by jak najprędzej uwolnić łódź, klnąc na czym świat stoi, ciągnąc, popychając, warcząc zjadliwie jeden na drugiego, gotowi do mordu, powstrzymywani jedynie bojaźnią śmierci stojącej w milczeniu za ich plecami jak niewzruszony ciemnooki poborca podatków. Och! Tak, musiał to być wspaniały widok! Jim widział to wszystko, mógł o tym mówić z pogardą i goryczą; on za pomocą szóstego zmysłu ogarnął to wszystko, tak przynajmniej wnioskuję, gdyż przysięgał mi, że trzymał się na uboczu, nie rzucając jednego spojrzenia ani na nich, ani na łódź! Wierzyłem mu. Przypuszczam, że zanadto był zajęty groźnym pochylaniem się parowca, tą groźbą odkrytą w chwili najzupełniejszego bezpieczeństwa — zahipnotyzowany był widokiem miecza wiszącego na włosku ponad jego pełną imaginacji głową.

Przed jego oczami nie było żadnego ruchu i mógł bez przeszkody wyobrazić sobie, jak ciemna linia nieboskłonu podniesie się razem ze spokojną powierzchnią wód; widział otwierającą się przepaść, beznadziejną walkę, sklepienie niebios zamykające się na zawsze nad jego głową jak sklepienie grobu — bunt młodego życia — okropny koniec! Mógł! Na Jowisza! Kto by nie mógł? A musicie pamiętać, że on w pewien właściwy sobie sposób był artystą: biedak, był obdarowany władzą szybkich, przenikliwych wizji. To, co widział, zmieniło go w zimny głaz od stóp aż do karku; ale w głowie jego gorączkowo pląsały myśli: były to pląsy ślepych, kulawych myśli — wir strasznych kalek. Czy nie mówiłem wam, że spowiadał się przede mną, jak gdybym miał władzę odpuszczania grzechów. Zagrzebał się głęboko, głęboko w nadziei mojej absolucji, która jemu na nic by się nie przydała. Była to jedna z tych spraw, w której żaden człowiek pomóc nie może: gdy Stwórca sam zdaje się opuszczać grzesznika, by go zostawić własnemu losowi.

Trzymał się na przeciwnym brzegu mostu, jak mógł najdalej od toczącej się walki o łódź, która nabierała znamion szaleństwa połączonego z tajemniczością spisku. A tymczasem obaj Malajczycy pozostali przy kole steru. Wyobraźcie sobie wszystkich aktorów tej sceny: jedni walczą do ostatecznego wyczerpania, drudzy — w zupełnej nieruchomości przypatrują im się, a nad nimi rozciągnięte płótno kryło zupełną nieświadomość, setki istot ludzkich z ich męką, marzeniami, nadziejami, wstrzymanych niewidzialną ręką nad samym brzegiem przepaści niosącej zupełną zagładę. Bo tak rzeczy się miały, wierzcie mi, wziąwszy pod uwagę stan parowca, innego rezultatu spodziewać się nie można było. Nic dziwnego, że tamci przy łodzi wariowali. Gdybym tam był, nie dałbym złamanego szeląga za to, że parowiec jeszcze sekundę zdoła się utrzymać na powierzchni wody. A jednak utrzymywał się jeszcze! Ci śpiący pielgrzymi mieli ukończyć swą pielgrzymkę. Widocznie Wszechmocna Istota, do łaski której zwracali się, chciała, by pozostali jeszcze chwil kilka na tym świecie i spojrzawszy w dół, dała znak oceanowi: „Czekaj!” Ocalenie ich zaniepokoiłoby mnie jako wypadek przechodzący ludzkie pojęcie, gdybym nie wiedział, jak wytrzymałe jest stare żelastwo — tak jak wytrzymały jest duch ludzki, kołaczący się w ciałach tak wyczerpanych, że zdają się być cieniami.

Nie dziwi mnie zupełnie zachowanie dwóch sterników przez te dwadzieścia minut. Byli oni wraz z innymi tuziemcami przywiezieni z Adenu, by świadczyli w sądzie. Jeden z nich walczył ciągle z nadzwyczajną nieśmiałością, był bardzo młody. Pamiętam doskonale, że Brierly przez tłumacza spytał go, o czym on myślał w tej chwili niebezpieczeństwa? Tłumacz po krótkiej z nim rozmowie odwrócił się do sądu z miną poważną, oświadczając: „On twierdzi, że wcale nie myślał.”

Drugi, z cierpliwymi, mrużącymi się oczyma, wypłowiałą niebieską chustką zgrabnie zawiązaną na siwych kosmykach włosów, z ciemną twarzą, która wydawała się jeszcze ciemniejsza wskutek pokrywających ją zmarszczek — objaśnił, że wiedział, iż coś złego dzieje się z parowcem, ale nie było rozkazu; nie przypomina sobie, by jakiś wydano; więc po cóż miał porzucać ster? Na inne pytania wzruszył szerokimi ramionami i oświadczył, że nigdy mu to przez myśl nie przyszło, by biali ludzie mogli ze strachu uciekać z parowca. I teraz temu nie wierzy. Musiały być jakieś tajemnicze przyczyny. On dobrze wie o tym. Był on człowiekiem wielkiego doświadczenia i chce, by biały Tuan (pan) wiedział — zwrócił się do Brierly’ego, który nie podniósł nawet głowy — że on nauczył się wielu rzeczy, służąc białym ludziom na morzu przez bardzo wiele lat — i nagle uniesiony, zaczął wymieniać dziwnie brzmiące nazwiska zmarłych kapitanów, zapomnianych okrętów. Przerwano mu w końcu. Nastała cisza w sądzie — nieprzerywana cisza trwała parę minut, aż przeszła powoli w szept. Ten epizod wywołał sensację; w drugim dniu śledztwa zrobił wrażenie na wszystkich obecnych; jeden tylko Jim siedział zasępiony na końcu pierwszej ławki i nie spojrzał nawet na tego dziwnego świadka, mającego jakąś tajemniczą teorię obrony.

I tak ci dwaj biedacy nie puszczali steru na parowcu niemającym już żadnej drogi do przebycia, czekając, by znalazła ich śmierć, gdyby im była przeznaczona. Biali nie rzucili im jednego spojrzenia, zapomnieli zapewne o ich egzystencji. Z pewnością Jim nie pamiętał o nich. Pamiętał, że nic zrobić nie może teraz, gdy pozostał sam. Nic innego nie pozostawało, tylko utonąć z parowcem. Nie było potrzeby przeciwdziałania temu, bo po co? Czekał w milczeniu, zesztywniały w pojęciu jakiejś bohaterskiej dyskrecji. Wołano go po cichu. Pierwszy maszynista przebiegł ostrożnie most i pociągnął go za rękaw. „Chodź pan! Pomóż! Na miłość Boga, chodź i pomóż pan!” Wrócił na palcach do łodzi i znów przybiegł, targając za rękaw, prosząc i przeklinając jednocześnie.

— Zdaje mi się, że gotów był całować moje ręce — rzekł Jim dzikim głosem — a potem zaraz, pieniąc się, szeptał mi w twarz: „Gdybym miał czas, z przyjemnością rozgniótłbym ci czaszkę!” Odepchnąłem go. Nagle schwycił mnie za szyję. Psiakrew! Palnąłem go i nie patrząc trafiłem. „Nie chcesz ratować własnego życia, ty przeklęty tchórzu?” — mówił, łkając. Tchórzu! On nazwał mnie przeklętym tchórzem! Ha, ha, ha, ha! On nazwał mnie ... Ha, ha, ha!...

Oparł się o poręcz fotela i trząsł się ze śmiechu. Nigdy w życiu nie słyszałem czegoś równie bolesnego jak ten śmiech. Padł on jak zaraza na tę wesołość wywołaną osłami, piramidami, bazarami i czy ja wiem czym? Przez całą długość galerii głosy umilkły, blade twarze jednym ruchem zwróciły się ku nam, a cisza stała się tak wielka, iż spadająca na dywan łyżeczka sprawiła donośny hałas.

— Nie możesz się tak śmiać wobec tych ludzi — mówiłem. — To jest dla nich przykre.

Z początku zdawało się, że nie słyszał, ale po chwili, patrząc nie na mnie, ale jakby na jakąś straszną marę — mruknął niedbale: