— Nie wiem, czego mógł pan chcieć więcej — odparłem gniewnie.

Rzucił mi pełne niezrozumienia spojrzenie. Ten pocisk również nie trafił do celu, a był on człowiekiem nietroszczącym się o chybione strzały. Na honor, był za mało podejrzliwy; z nim nie można było prowadzić pięknej gry. Rad byłem, że mój pocisk chybił — że nawet nie usłyszał lotu strzały.

Rozumie się, wtedy nie mógł wiedzieć, że ten człowiek nie żyje. Następna minuta — ostatnia, jaką spędził na parowcu — była natłoczona masą wypadków i uczuć, bijących w niego jak fale morskie o skałę. Używam tego porównania, gdyż jego opowiadanie zmusiło mnie do uwierzenia, że on w tym wszystkim zachował dziwne złudzenie bierności, jak gdyby nie on sam działał, lecz dał się pociągnąć piekielnej mocy, która obrała go na ofiarę swych żartów.

Pierwszym odgłosem, jaki doszedł do jego świadomości, był zgrzyt spuszczanej nareszcie łódki; przeniknął go od stóp do głów. Orkan miał zerwać się lada chwila, drugi, silniejszy podmuch przechylił bierną łupinę parowca tak groźnie, że tchu mu zbrakło, a jednocześnie mózg jego i serce przeszywały jak sztyletami krzyki zdradzające paniczny strach.

— Prędzej! Prędzej! Na miłość Boga! Już tonie!

W tej chwili na pokładzie podniosły się przestraszone głosy.

—Kiedy tamci zaczęli wrzeszczeć, umarłego by zbudzili — rzekł.

Gdy łódź literalnie wpadła do wody, rozległy się w niej tupotania nóg i krzyki. „Zdjąć z haka! Prędzej! Odbijaj! Prędzej, bo zginiemy! Orkan tuż nad nami...” — Jim ponad swą głową słyszał lekki szelest wiatru, a pod stopami okrzyki boleści. Czyjś podniesiony głos miotał przekleństwa na hak utrzymujący łódź na uwięzi. Parowiec zaczął brzęczeć, huczeć jak przewrócony ul. Jim opowiadał o tym wszystkim spokojnie — właśnie w tej chwili zachowanie się jego, głos i spojrzenie było spokojne — i nagle powiedział bez słowa ostrzeżenia:

— Potknąłem się o jego nogi.

Tu dowiedziałem się po raz pierwszy, że ruszył się z miejsca. Nie mogłem powstrzymać pomruku zdziwienia. Coś go porwało, rzuciło naprzód, ale co było przyczyną, że wyszedł ze swej nieruchomości, nie wiedział, tak jak nie wie wyrwane z korzeniem drzewo o wichrze, który powalił je na ziemię. To wszystko spadło na niego: krzyki, widok grożącego orkanu, nogi zmarłego — wszystko — na Jowisza! Piekielny żart utkwił mu w gardle — ale uważajcie — nie przyznawał, by objawił się w jego gardzieli jakiś ruch połykający. To dziwne, jak on umiał narzucać się ze swymi urojeniami. Słuchałem, jakby mówił o jakichś sztukach czarnej magii dokonywanych na trupie.