Skąd taki impuls? Czy rozumiecie jego znaczenie? Powrócić do tego samego miejsca! Dlaczego nie płynąć dalej? — Jeżeli myślał o utonięciu — to dlaczego chciał wracać na to samo miejsce, jak gdyby jego imaginacja potrzebowała ukojenia pod postacią zdobytej pewności, że wszystko się już skończyło, zanim jego własna śmierć przyniesie mu wyzwolenie? Wątpię, czy ktoś z was zdoła inaczej to wytłumaczyć. Był to jedno z tych dziwnych, podniecających błysków poprzez mgłę. Było to nadzwyczajne odkrycie. Powiedział to w sposób zupełnie naturalny. Zwalczył ten impuls i odczuł nadzwyczajną ciszę panującą wokoło. Cisza na morzu, na niebie, zlana z tym bezmiarem przestrzeni, niczym niemącona otaczała te szalone, drgające życiem jednostki jak cisza śmierci.

— Słyszałby pan szpilkę spadającą na dno łódki — powiedział z dziwnym skrzywieniem ust, jak człowiek usiłujący opanować swe uczucia podczas opowiadania wzruszających faktów.

Cisza! Jeden Bóg, który chciał, by Jim był taki, jaki był, wie, jak on ją odczuwał.

— Nie sądziłem, by mogła gdziekolwiek panować taka cisza! — rzekł — Nie można było odróżnić morza od nieba; nie było nic słychać ani widać. Żadnego błysku, żadnego dźwięku — nic! Można było przypuszczać, że cały ląd stały zapadł się na dno morza; ci wszyscy ludzie potonęli oprócz mnie i tamtych siedzących w drugim kącie łodzi.

Pochylił się nad stołem, wyciągając ręce.

— Ja w to wierzyłem. Wszystko zginęło... wszystko przepadło... — Tu westchnął głęboko — wraz ze mną!

Marlow wyprostował się nagle i odrzucił gwałtownym ruchem cygaro. Zdawało się, że mała rakieta przecięła powietrze. Nikt się nie poruszył.

— No? Cóż wy o tym myślicie? — krzyknął z nagłym ożywieniem. — Czyż on nie był szczery wobec siebie, co? Jego ocalone życie zmarnować się musi z braku gruntu pod nogami, z braku dźwięków jakichkolwiek lub widoków. Ogólne zniszczenie! Otaczała go tylko noc ciemna, cisza, żadnego ruchu w powietrzu lub na morzu — nic!

Trwało to przez chwilę i nagle jednogłośnie wszyscy zaczęli rozprawiać o tej ucieczce. „Ja od razu wiedziałem, że on zatonie. Jedna chwila, a byłoby już za późno!” — mówili.

Jim milczał. Raptem i wietrzyk powrócił, i szmer morza złączył się z tym rozmownym nastrojem, z tą reakcją po chwilach strasznej ciszy i trwogi. Zatonął! Zatonął! Nie ma tu żadnej wątpliwości. Nikt by tu pomóc nie zdołał. Powtarzali wciąż te same i te same słowa, jak gdyby nie mogli się od nich powstrzymać. Nie można się było czegoś innego spodziewać. Światełka pogasły... Jakże mogło być inaczej? Musiał zatonąć... Zauważył, że mówią tak, jak gdyby zostawili za sobą tylko pusty parowiec. Wywnioskowali, że zatonięcie musiało nastąpić bardzo prędko. To przekonanie sprawiało im pewną przyjemność. Zapewniali jeden drugiego, że musiał zatonąć „jak kawał żelaza”. Główny maszynista utrzymywał, że światełko na szczycie masztu zgasło w chwili tonięcia „jak zapałka, którą rzucasz na ziemię”. Na to drugi maszynista wybuchnął histerycznym śmiechem. „Jak...że... się... cie...szę, cie...szę...”