— Mój Boże! Jakże to czas leci!

Była to najzwyczajniejsza uwaga; ale sposób jej wypowiedzenia wywołał u mnie chwilową wizję. To dziwne, jak my przechodzimy przez życie z na wpół zamkniętymi oczami, tępym słuchem i drzemiącymi myślami.

A może to i dobrze; może ta właśnie tępość czyni życie tak znośnym, a nawet przyjemnym dla większości ludzi. W każdym razie między nami nie może być dużo ludzi takich, którzy by nie mieli chwil zupełnej świadomości — a w takich — rozumie się, widzi się i słyszy wszystko — zanim się znów nie wpadnie w przyjemną ospałość.

Podniosłem oczy i zdawało mi się, że patrzę na niego po raz pierwszy. Widziałem jego obwisły podbródek, niezgrabne fałdy ubrania, ręce złożone na brzuchu, jakby stworzone do zajmowania tej tylko pozycji. Czas płynął rzeczywiście; wyprzedziłem go i poszedłem naprzód. Pozostawiłem bezradnego za sobą, z tymi szpakowatymi włosami, zmęczoną, ogorzałą twarzą, dwiema bliznami i parą zniszczonych epoletów24; jednego z tych ludzi godnych zaufania, w których jest surowy materiał na wielką sławę, jedną z tych niezliczonych istot, grzebanych bez huku i hałasu, pomimo ich wielkich zasług.

— Jestem teraz trzecim porucznikiem na Victorieuse — rzekł, przedstawiając mi się.

Oddałem mu ukłon i powiedziałem, że jestem komendantem handlowego okrętu, stojącego obecnie na kotwicy w Rushentter’s Bay. Zwrócił na niego uwagę — ładny okaz. Nie szczędził komplementów memu okrętowi, zdaje mi się, że nawet pochylił głowę, mówiąc:

— A... tak... ładny okaz, na czarno pomalowany... ładny, bardzo ładny.

Po chwili obrócił się i spojrzał przez okno na ulicę.

— Smutne miasto.

Dzień był jasny; szalał wiatr południowy, przechodzący mężczyźni, kobiety i dzieci walczyli z tumanami podnoszonego wiatrem pyłu.