— Człowiek się zawsze boi. Gadać łatwo, ale... — niezgrabnie postawił szklankę na stole. — Strach, strach — widzisz pan — zawsze czyha tam...
Dotknął okolicy serca, tego właśnie miejsca, w które Jim wymierzył cios, dowodząc, że o jego serce nie było najmniejszej obawy. Przypuszczam, że wykonałem jakiś gest przeczący, gdyż on nalegał:
— Tak! Tak! Mówi się, bardzo pięknie się mówi; ale w końcu okazuje się, że jeden nie jest mądrzejszy od drugiego — ani też odważniejszy. Odwaga! Dzielność! Z niejednego już pieca chleb jadłem, włóczyłem się po świecie całym; znałem ludzi odważnych, sławnych z tego! Allez25!... — popił łyk wina. — Odważny — pan rozumie — na służbie — trzeba nim być, rzemiosło tego wymaga. Czy nie tak? — zwrócił do mnie pytanie. — Eh, bien26! Każdy z nich — powtarzam, każdy z nich, gdyby był uczciwym człowiekiem — wyznałby — że jest taka chwila dla najlepszego z nas, w której o wszystkim się zapomina, a z prawdą tą żyć musisz — rozumiesz pan? Przy pewnej kombinacji okoliczności strach zjawić się musi. Okropny, śmiertelny! Nawet dla tych, którzy w tę prawdę uwierzyć nie chcą, strach istnieje — strach przed samym sobą. Bezwarunkowo tak. Wierz mi pan. Tak, tak... Przecież w moim wieku wie się, o czym się mówi — que diable27!...
Wypowiedział to wszystko, zachowując zupełną nieruchomość, jak gdyby był automatem, teraz zapewne dla zwiększenia wrażenia zaczął kręcić powolnego młynka palcami.
— To nie ulega wątpliwości — parbleu28! — ciągnął dalej — bo mów pan sobie co chcesz, prosty ból głowy lub kłopoty żołądkowe wystarczą do... Wiem to z własnego doświadczenia. Ja na przykład — raz... — Wychylił do dna szklankę i powrócił do kręcenia młynka. — Nie, nie, nie umiera się od tego — rzekł po chwili, a gdy zrozumiałem, że nie opowie mi epizodu ze swego życia, byłem bardzo zawiedziony, tym bardziej, że przecież nie można nalegać, by ktoś taki wypadek opowiedział.
Siedziałem w milczeniu, on również i zdawało się, że to mu najbardziej odpowiada. Nawet palce jego nie poruszały się więcej. Nagle usta jego drgnęły.
— To tak jest — mówił spokojnie. — Człowiek tchórzem się rodzi. To jest pewna przeszkoda — parbleu! Inaczej — życie byłoby zbyt łatwe. Ale przyzwyczajenie — przyzwyczajenie — konieczność — pojmujesz pan? — oko ludzkie — Voilà29! Człowiek trzyma się, jak może. A przy tym, przykład tamtych, nie lepszych od ciebie, ale umiejących zachować pozory...
Umilkł.
— Ten młodzieniec, niech pan zwróci uwagę, był tego wszystkiego pozbawiony — przynajmniej w ostatniej chwili — rzekłem.
Podniósł brwi, chcąc wyrazić pobłażliwość.