— Ot, chciałbym, by tu przyszedł mój wspólnik — to ciekawy człowiek. Znasz pan mego wspólnika? Stary Robinson. Nie znasz pan? Toż przecie sławny Robinson. Przemycił większą ilość opium i schwytał więcej wielorybów, niż jakikolwiek inny żywy człowiek. Powiadają, że napadał na żaglowce w drodze na Alaskę, gdy mgła była tak gęsta, że tylko sam Stwórca mógł odróżnić jednego człowieka od drugiego. Będziemy eksploatowali razem to guano. Taka sposobność zrobienia majątku nie zdarzyła mu się jeszcze w życiu. — Przyłożył usta do mego ucha. — Ludożerca! Tak go powszechnie nazywano przed laty. Pamiętasz pan tę historię. Rozbił się okręt (...), prawda, siedmiu marynarzy wydostało się na wybrzeże i podobno nieosobliwie ze sobą żyli. Są ludzie niezmiernie kłótliwi, nieumiejący radzić sobie w chwilach ciężkich — biorący rzeczy nie tak, jak należy, a jakiż tego rezultat? Rozumie się, zły! Kłótnie, swary, w końcu jakiś łeb zostaje rozbity. Taki gatunek ludzi najlepiej przedstawia się pod postacią trupów. Chodziły wieści, że łódź okrętu Wolverine ujrzała go klęczącego na wybrzeżu, nagiego jak go Bóg stworzył i śpiewającego jakieś psalmy; śnieg prószył wówczas. Gdy łódź się zbliżyła na długość wiosła — zerwał się i zaczął zmykać. Goniono za nim godzinę przynajmniej, nareszcie jeden majtek rzucił kamieniem, który trafił za ucho i powalił uciekającego. Sam był na wybrzeżu? Rozumie się. Ale czy ta historia jest prawdziwa, czy tamta, Bóg raczy wiedzieć. Nie robiono tam żadnych poszukiwań. Zawinięto go w płótno żaglowe — i uniesiono jak najprędzej, noc zapadała, burza groziła, z okrętu co pięć minut strzelano na odwrót. Po trzech tygodniach ani byś odgadł, że miał taką przygodę. Nie zwracał najmniejszej uwagi na to, co ludzie gadali, zaciął usta i pozwolił im krzyczeć. Martwił się, że stracił grube pieniądze w tej katastrofie, a cóż go mogły obchodzić przezwiska dawane mu przez ludzi? Ot, taki człowiek jest mi potrzebny! — Podniósł rękę i dawał znaki komuś idącemu ulicą. — Ma trochę pieniędzy, więc dopuściłem go do spółki. Grzechem byłoby odrzucać taką osobliwość, a poza tym — sam zostałem oskubany! Zapiekło mnie to do żywego, ale ponieważ mam zwyczaj widzieć rzeczy takimi, jakimi są, więc powiedziałem sobie: jeżeli muszę koniecznie dzielić się z kimś, to już wolę z takim człowiekiem jak Robinson! Pozostawiłem go w hotelu, przy śniadaniu, a sam przyszedłem do sądu, bo mam pewną myśl. A! Dzień dobry, kapitanie Robinson... Mój przyjaciel... kapitan Robinson.

Wychudły patriarcha w białym ubraniu i czapce z zielonym daszkiem na głowie, trzęsący się ze starości, zbliżał się ku nam i stanął, wspierając się rękami na lasce od parasola. Długa, biała broda spadała mu na piersi. Zmrużył pomarszczone powieki i patrząc na mnie ze zdumieniem, mówił uprzejmie, chwiejąc się:

— Dzień dobry panu. Jak się pan ma?

— Trochę głuchy — rzekł do mnie Chester.

— Jak to, więc ciągnąłeś go sześć tysięcy mil w celu kupienia taniego statku? — pytałem.

— Rzuciwszy jedno na niego spojrzenie, obwiózłbym go dwa razy wokoło kuli ziemskiej — odparł z wielką energią Chester.

— Teraz statek będzie naszą własnością, bo czyż to moja wina, że wszyscy właściciele statków i wszyscy komendanci w całej Australii okazali się gromadą głupców? Raz w Auckland trzy godziny rozmawiałem z jednym człowiekiem. „Przyślij okręt — mówiłem — przyślij okręt. Dam ci połowę pierwszego ładunku, eksploatacja kosztować cię nie będzie, chcę puścić interes w ruch”. A on na to: „Nie zrobiłbym tego, choćby na świecie całym nie było innego miejsca na zużytkowanie mojego okrętu!” Skończony osioł! Stały mu na przeszkodzie skały, prądy i to, że żadne towarzystwo ubezpieczeniowe nie chciałoby tu ryzykować, a nie rozumiał, co zarobić może w przeciągu trzech lat. Osioł! Prawie na kolanach go błagałem. „Do diabła wszystkie przeszkody, skały, huragany — mówiłem. — Zastanów się, toż tam jest guano, plantatorzy cukru bić się o nie będą — powiadam ci!...” Ale cóż z głupcem poradzisz? „Wymyśliłeś jakiś nowy kawał, Chesterze” rzekł. Dobry sobie... kawał!... — ryczeć chciałem ze złości. Spytaj pan kapitana Robinsona... Zetknąłem się z drugim właścicielem okrętu — otyłym jegomościem w białej kamizelce, było to w Wellington; ten znów myślał, że chcę urządzić szwindel na wielką skalę. „Jak widzę, głupca jakiegoś szukasz — rzekł — ale ja jestem teraz zajęty. Żegnam”. Pragnąłem schwycić go za bary, zgnieść i wyrzucić przez okno jego własnej kancelarii. Ale nie zrobiłem tego. Łagodny, słodki byłem jak ksiądz. „Pomyśl pan nad tym, zastanów się — rzekłem — jutro przyjdę po odpowiedź.” On coś bąknął o tym, że cały dzień będzie poza domem. Na schodach gotów byłem tłuc głową o mur z rozpaczy. Kapitan Robinson może zaświadczyć. Wściekałem się, myśląc o tej cudownej substancji, marnującej się tam, substancji, która by trzcinę cukrową popędziła pod obłoki. Toż to przyszłość Queenslandu! W Brisbane, gdzie po raz ostatni próbowałem przeprowadzić swe plany — nazwali mnie maniakiem. Idioci! Jedyny rozsądny człowiek, jakiego tam spotkałem, był woźnica, który mnie woził po mieście. Przypuszczam, że to był jakiś zmarnowany geniusz. He! Kapitanie Robinson? Pamiętasz, mówiłem ci o tym woźnicy w Brisbane, prawda? Ten chłop miał cudowne oko do takich interesów. Widział to wszystko jak na dłoni. Rozmowa z nim istotnie była przyjemnością. Pewnego wieczoru, po piekielnym dniu spędzonym na targowaniu się z właścicielami okrętów, byłem tak zgnębiony, że zawołałem: „Muszę się spić. Zawieź mnie, gdzie chcesz, muszę się spić albo zwariuję”. „Siadaj pan” — rzekł tylko. Doprawdy, gdyby nie on, nie wiem, co by się ze mną stało. He! Kapitanie Robinson!

Dał szturchańca w bok swemu wspólnikowi.

— He, he, he! — śmiał się stary, patrząc bezmyślnie na ulicę, po czym niepewny, zamyślony wzrok skierował na mnie. — He, he, he!... — oparł się mocniej na parasolu i wpatrzył się w ziemię.

Nie potrzebuję mówić, że kilka razy usiłowałem oddalić się, ale Chester udaremniał moje zamiary prostym chwytaniem mnie za surdut.