Wskazałem mu pudełko z papierosami nie podnosząc głowy.

— Chcę... Mam ochotę na tytoń — szepnął.

Ogarnęła mnie nadzwyczajna gorliwość.

— Chwileczkę — odparłem uprzejmie.

Przeszedł się po pokoju, słyszałem jak mruknął:

— Już przeszło.

Pojedynczy huk piorunu sprawił wrażenie wystrzału armatniego wysłanego z tonącego okrętu.

— Burze wcześniej się zaczynają w tym roku — rzucił uwagę, stojąc gdzieś za mną.

Zaadresowawszy ostatnią kopertę, zwróciłem się do niego. Palił chciwie i chociaż słyszał, że poruszyłem się, pozostał zwrócony do mnie plecami.

— Tak, zniosłem to dość dobrze — rzekł nagle się obracając. — Ciekawy jestem, co będzie dalej. Na twarzy jego nie było żadnego wzruszenia, wydawała się ona tylko trochę ciemniejsza, jakby nabrzmiała. Uśmiechnął się lekko, gdy patrzyłem na niego w milczeniu. — Dziękuję panu, pański pokój jest bardzo wygodny dla człowieka... w ciężkich opałach... — Deszcz lał jak z cebra; z rynny (musiała być w niej dziura) płynęły dziwne dźwięki, jakby jęki, bolesne skargi, szlochy przerywane nagłymi chwilami ciszy. — ...szukającego odrobiny schronienia — mruknął i umilkł.