— Dobrze, to już dogłębnie przerobiłem i nie mam zamiaru pozwolić komukolwiek leźć mi z tym do oczu — mówił zaciskając pięści.

— A co pan zrobi ze sobą? — spytałem z uśmiechem. Bóg świadkiem, że daleki byłem od wesołości, ale on spojrzał na mnie groźnie.

— To już moja sprawa — rzekł.

Wyraz mocnego postanowienia ukazywał się i znikał jak cień na jego twarzy. Po chwili stał się znów biednym, zakłopotanym chłopcem. Odrzucił papieros.

— Żegnam pana — rzekł z nagłym pośpiechem człowieka, który zbyt długo marudził, zapominając o czekającej nań pracy; ale sekundę czy dwie nie poruszył się z miejsca.

Deszcz lał z tak niepohamowaną gwałtownością, że przywodził na myśl zerwane mosty, powyrywane z korzeniami drzewa, podmyte góry. Żaden człowiek nie mógłby walczyć z tym olbrzymim potokiem, zdającym się łamać, unosić wszystko, huczącym gwałtownie poza ścianami tego pokoju, w którym jak na wyspie znaleźliśmy schronienie. Przedziurawiona rynna bulgotała, dławiła się, bryzgała, chlustała w ohydny sposób, zdawało się, że to jakiś tonący toczy walkę o życie.

— Leje — zauważyłem — a ja...

— Leje czy nie — zaczął gwałtownym tonem, nagle umilkł i podszedł do okna. — Istny potop — szepnął po chwili, a opierając czoło o szybę, dodał — Ciemno choć oko wykol.

Zakręcił się na pięcie, przeszedł przez pokój i otworzył drzwi wiodące na korytarz, zanim zerwałem się z krzesła.

— Niech pan poczeka! — krzyknąłem — chciałbym, by pan...