Patrzyłem na jego kształtnie zbudowaną postać.

— W każdym razie, mogę pomóc widzialnej części pańskiej osoby.

Nie patrząc na mnie, niedowierzająco zaprzeczył głową.

Krew we mnie zakipiała.

— Ależ mogę — nalegałem — dokonałem już większej rzeczy. Obdarzam pana zaufaniem...

— Chce mi pan dać pieniądze — zaczął.

— Na honor, zasługuje pan, bym wysłał pana do diabła — krzyknąłem, wyrażając swoje oburzenie. Zdumiał się, uśmiechnął, a ja ponowiłem atak. — Tu nie chodzi wcale o pieniądze. Jest pan zbyt powierzchowny — zawołałem (a w duchu myślałem: „Aha, tu cię mam! Może mimo wszystko jest zbyt powierzchowny). — Proszę spojrzeć na ten list, który chcę panu dać. Piszę do człowieka, którego nigdy dotąd o łaskę nie prosiłem, a piszę o panu takimi słowami, jakich się używa jedynie pisząc o bardzo bliskim przyjacielu. Staję się za pana całkowicie odpowiedzialny. Jeżeli zechce pan zastanowić się nad tym, co to znaczy...

Podniósł głowę. Deszcz ustał, rynna tylko roniła głośne łzy za oknem. Cicho, spokojnie było w pokoju, wszystkie cienie skupiły się po kątach, z dala od płomyka świecy, sterczącej sztywno na kształt sztyletu; twarz Jima zdawała się zalana odblaskiem jakiegoś łagodnego światła, jakby pierwszych promieni jutrzenki.

— Na Jowisza! — wyrzucił z trudem — Jakie to szlachetne z pana strony!

Nie czułbym się bardziej upokorzony, gdyby pokazał mi w tej chwili język. Pomyślałem sobie: „Odpłacił mi za blagę”. Jego oczy błysnęły w moją twarz prostym spojrzeniem i przekonałem się, że nie było w nim ani urągliwości, ani szyderstwa. Wpadł nagle w jakieś nadzwyczajne ożywienie, zdawał się płaską, drewnianą figurką poruszaną za pomocą sznurka. To podnosił, to opuszczał ręce. Stał się zupełnie innym człowiekiem.