Późno wieczorem wszedłem do jego gabinetu, minąwszy wielką, pustą, słabo oświetloną salę jadalną. Cicho było w całym domu. Poprzedzał mnie stary, jawajski sługa ubrany w rodzaj liberii składającej się z białej kurtki i żółtych szarawarów, który otworzywszy mi drzwi, przemówił cichym głosem: „o panie” i usuwając się na bok, znikł w tajemniczy sposób, jak gdyby był duchem wcielonym jedynie na chwilę, by oddać mi tę przysługę.

Stein okręcił się ze swym krzesłem i w tym ruchu okulary jego podskoczyły na czoło. Powitał mnie w swój spokojny, dowcipny sposób. Jeden tylko róg obszernego pokoju, gdzie stało jego biurko, oświetlony był jasno palącą się lampą, reszta tonęła w cieniu. Wąskie półki, zapełnione ciemnymi skrzynkami, nieróżniącymi się ani kształtem, ani kolorem, obiegały ściany wokoło, ale nie sięgały od podłogi do sufitu, tworzyły tylko ciemny pas, około czterech stóp szeroki. Były to grobowce owadów. W nierównych odstępach wisiały nad nimi drewniane tabliczki. Światło padło na jedną z nich i wyraz Coleoptera wypisany złotymi zgłoskami błysnął tajemniczo. Szklane skrzynki zawierające zbiór motyli ustawione były w trzy szeregi na małych stoliczkach. Jedna z tych skrzynek stała na biurku zarzuconym podłużnymi ćwiartkami papieru zapisanymi drobnym pismem.

— A! Widzisz pan, widzisz! — rzekł.

Ręka jego wskazywała skrzynkę, gdzie samotny, olbrzymi motyl roztaczał ciemnobrązowe skrzydła z cudownymi białymi żyłkami i świetnym obramowaniem żółtych plam.

— Tylko jeden taki okaz mają w waszym Londynie, a poza tym — nic. Ja swoje zbiory zapiszę mojej małej rodzinnej mieścinie. Cząstkę siebie samego — cząstkę najlepszą.

Pochylił się i wlepił oczy w motyla, brodę opierając na brzegu skrzynki. Stałem za jego plecami.

— Cudowny! — szepnął, zdając się zapominać o mej obecności.

Ciekawa była jego historia! Urodził się w Bawarii, jako dwudziestodwuletni młodzieniec brał czynny udział w ruchu rewolucyjnym w 1848 roku. Bardzo skompromitowany zdołał uciec i znalazł schronienie u biednego zegarmistrza, republikanina w Trieście. Stąd udał się do Trypolisu z zapasem tanich zegarków — handel nieświetnie się zaczynał, ale rezultat okazał się szczęśliwy, gdyż tam spotkał podróżnika holenderskiego — znanego, zdaje mi się, człowieka, ale nie pamiętam już jego nazwiska. Ten to przyrodnik przyjął Steina w charakterze pomocnika i zabrał go na Wschód. Podróżowali razem lub osobno przez cztery czy więcej lat, zbierając owady i ptaki. Potem przyronik wrócił do domu, a Stein, nie mając dokąd wrócić, pozostał ze starym kupcem, którego spotkał, podróżując po Celebes. Stary Szkot, jedyny biały mieszkający naówczas w tym kraju, był ulubieńcem głównego władcy państw Wajo — kobiety. Nieraz opowiadał mi Stein, jak ten Szkot, sparaliżowany po jednej stronie, wprowadził go na tamtejszy dwór, zanim drugi atak paraliżu nie przeniósł go do wieczności. Był on starcem imponującej postawy, z białą brodą patriarchy. Wszedł do sali obrad, gdzie zgromadzeni byli wszyscy radcowie i wodzowie, otaczając królową, tłustą babę (bardzo swobodną w mowie, jak mi mówił Stein), spoczywającą na wysokim łożu pod baldachimem. Powłócząc nogą, stukając laską, chwyciwszy ramię Steina, podprowadził go prosto do łoża.

— Spojrzyj królowo i wy radcowie, oto mój syn! — krzyknął donośnym głosem. — Prowadziłem handel z ojcami waszymi, a gdy umrę, on będzie handlował z wami i synami waszymi!

Takim prostym sposobem Stein odziedziczył uprzywilejowane stanowisko Szkota, cały jego handel i dobrze zaopatrzony dom na brzegu jedynej spławnej w tym kraju rzeki. Wkrótce potem stara królowa, tak swobodna w mowie — umarła, a w kraju wszczęli zamieszki przeróżni pretendenci do tronu. Stein przyłączył się do partii młodszego syna; o nim to w lat trzydzieści potem nie mówił inaczej, jak: „mój biedny Mohammed Bonso”. Obaj stali się bohaterami niezliczonych, zwycięskich czynów; zaznali przygód nadzwyczajnych i raz przez cały miesiąc wstrzymali oblężenie w domku Szkota, z małą garstką zwolenników stawiając czoło całej armii. Przypuszczam, że krajowcy do dziś dnia rozprawiają o tej wojnie. W wolnych chwilach Stein nigdy nie zapominał o chwytaniu owadów i motyli, gdy wpadły mu w oko. Po ośmiu latach wojen, układów, zdrad, wybuchów i tak dalej, właśnie w chwili, gdy spokój zdawał się zapewniony na dłużej, jego „biedny Mohammed Bonso” został zamordowany u wrót królewskiej rezydencji, gdy w doskonałym nastroju ducha powracał z polowania. Skutkiem tego wypadku stanowisko Steina zachwiało się, ale byłby na nim pozostał zapewne, gdyby wkrótce potem nie zmarła siostra Mohammeda („moja droga żona, księżniczka”, mawiał Stein uroczystym tonem), z którą miał córkę. Matka i dziecko zmarli w ciągu trzech dni od jakiejś złośliwej gorączki. Porzucił kraj, który po tej ciężkiej stracie stał mu się wstrętny. Taki był koniec pierwszej części jego życia. To, co później nastąpiło, było tak różne, że gdyby nie krwawiąca w sercu rana, dawna przeszłość wydać by się mogła snem. Mając trochę pieniędzy, rozpoczął życie na nowo i w ciągu lat zebrał znaczny majątek. Z początku podróżował dużo, ale później starość zaczęła mu ciążyć i w końcu rzadko opuszczał obszerny dom, oddalony trzy mile od miasta, z obszernym ogrodem, otoczony stajniami, oborami, bambusowymi chatami dla sług i podwładnych, których niemało miał około siebie. Swym małym powozem jeździł co rano do miasta, gdzie utrzymywał kancelarię z dwoma urzędnikami, białym i żółtym. Posiadał małą flotyllę statków i krajowych łodzi i handlował na wielką skalę miejscowymi produktami. Poza tym żył samotnie, ale nie jak mizantrop, ze swymi książkami, zbiorami, klasyfikując i układając okazy, korespondując z entomologami Europy, pisząc katalogi swych skarbów. Taka była historia człowieka, którego postanowiłem poradzić się w sprawie Jima, bez żadnej jednak określonej nadziei. Spodziewałem się w każdym razie, że to, co on będzie miał w tej sprawie do powiedzenia, przyniesie mi ulgę. Bardzo pragnąłem rozmowy z nim, ale szanowałem natężoną, prawie namiętną uwagę, z jaką przypatrywał się motylowi, jak gdyby na brązowej tkance wątłych skrzydeł, na białych liniach i wspaniałych plamach odczytywał rzeczy wzniosłe, niepodlegające zniszczeniu, jak te delikatne martwe tkanki, których piękności śmierć nie zdołała zgasić.