— Cóż... ja również istnieję — rzekł.

Poprzedzał mnie. Moje oczy śledziły jego ruchy, ale widziałem w nim nie szefa firmy, zawsze mile widzianego gościa na popołudniowych zebraniach, korespondenta uczonych towarzystw, gospodarza chętnie goszczącego podróżnych przyrodników; widziałem tylko rzeczywistość jego przeznaczeń, do których dążył pewnym krokiem przez życie, które rozpoczęło się w skromnych warunkach, owiane szlachetnym zapałem, a później, wśród przyjaźni, miłości i wojny — nurzało się w egzaltowanych pierwiastkach romantyzmu. Przy drzwiach mego pokoju zwrócił się ku mnie.

— Tak — rzekłem, jak gdyby prowadząc dalszą rozmowę — więc, wśród innych rzeczy, marzył pan nieustannie o pewnym motylu; ale gdy pewnego pięknego poranka marzenie pana urzeczywistniło się, nie dał pan uciec wspaniałej okazji. Prawda? A tymczasem on...

Stein podniósł rękę.

— A czy pan wie, ile straciłem okazji? Ile możliwości urzeczywistnienia marzeń przegapiłem? — Kiwał smutnie głową. — Jak piękne by były, gdybym umiał z nich skorzystać! Czy pan wie, ile ich było? Może i ja nie zdołam ich zliczyć.

— Czy jego urzeczywistnienie marzeń było piękne, czy nie — rzekłem — on wie z pewnością, że je stracił.

— Każdy wie o jednej czy dwóch takich okazjach — odparł Stein — i stąd rodzi się utrapienie, wielkie utrapienie.

Uścisnął mi rękę na progu i, zaglądając do mego pokoju, rzekł:

— Śpij pan spokojnie. A jutro musimy zrobić coś praktycznego, bardzo praktycznego.

Chociaż pokój jego był obok, słyszałem, że wrócił tą samą, którą przyszedł, drogą. Wracał do swoich motyli.