— Zgadza się pan ze mną, zgadza się pan? — spytał z uśmiechem, w którym nagle odkryłem coś zuchwałego.
Ale byłem o dwadzieścia lat starszy od niego. Młodość jest zuchwała; to jest jej prawem, jej potrzebą; on musiał utwierdzić się w swym przekonaniu, a wszelka dążność do tego uważana jest przez ten pełen zwątpienia świat za wezwanie do walki, za zuchwałość. Przeszedł się aż na drugi koniec pokoju i wrócił, by, mówiąc w przenośni, drzeć mnie na sztuki. Mówi tak dlatego, że ja, nawet ja, będąc tak nieskończenie dobry dla niego, pamiętam, pamiętam — co było. Cóż mówić o innych, o świecie całym? Cóż więc dziwnego, że on pragnie stąd się wydobyć, wydobędzie się — i nigdy już nie wróci!
— To nie chodzi o to, że ja pamiętam lub świat cały — krzyknąłem. — To ty pamiętasz!
Nie stropił się i mówił dalej z ogniem.
— Zapomnieć o wszystkim, o wszystkich, wszystkich — tu głos mu drgnął — tylko nie o panu — dodał.
— Owszem, i o mnie także, jeżeli to pomóc może — rzekłem również zniżonym głosem.
Potem siedzieliśmy jakiś czas w milczeniu, jakby wyczerpani. Powoli zaczął znów opowiadać, że pan Stein radził mu czekać miesiąc lub dłużej, zanim się przekona, czy będzie mógł tam pozostać i zanim zacznie budować nowy dom dla siebie, aby uniknąć niepotrzebnych wydatków... czy on tam pozostanie? Jak to — rozumie się. Uczepił się tego. Niech mu tylko pozwolą tam jechać, a ręczy za to, że pozostanie. Nigdy tego miejsca nie porzuci. Nie trudno będzie mu tam pozostać.
— Nie bądźże tak niedorzeczny — rzekłem zakłopotany jego tonem. — Jeżeli tylko długo żyć będziesz, zapragniesz wrócić.
— Wrócić, do czego? — spytał, patrząc na zegar, wiszący na ścianie.
Milczałem przez chwilę.