Krzyknąłem, by spuścić łódź; tymczasem wioślarze Jima, pod wrażeniem, że życie ich wisi na włosku, gdy mają wariata w łodzi, mknęli tak szybko, że zanim przebyłem połowę przestrzeni, dzielącej od siebie oba okręty, widziałem, jak Jim wchodził na pokład wraz ze swą skrzynką. Wszystkie płótna były rozpięte i okręt gotów był do drogi, gdy stanąłem na jego pokładzie. Komendant, ruchawy mieszaniec, lat około czterdziestu, w niebieskim flanelowym garniturze, z żywymi oczami i twarzą żółtą jak cytryna, zbliżył się do mnie z uśmiechem. Okazało się, że pomimo tej uprzejmej powierzchowności, charakteru był zgryźliwego. Na uczynioną przeze mnie uwagę odpowiedział, gdy Jim na chwilę zszedł na dół: „Ach, tak. Patusan.” Miał zamiar dowieźć tego pana do ujścia rzeki, ale dalej płynąć nie myśli. Mówił po angielsku tak, jak gdyby słowa czerpał ze słownika, układanego przez wariata. Gdyby pan Stein żądał od niego, by się dalej zapuszczał, to złożyłby świadectwo, że to jest rzeczą niebezpieczną, a gdyby to nie pomogło, „musiałby zrezygnować ze swego stanowiska.” Przed dwunastu miesiącami odbył swą ostatnią podróż w tamte okolice i chociaż pan Cornelius „składał hojne dary” panu radży Allang i „głównym wodzom”, okręt był pod obstrzałem przez cały ciąg przebywania rzeki; załoga zmuszona była kryć się, gdzie się dało i okręt o mało nie osiadł na mieliźnie, co byłoby ostateczną zgubą. Pełne gniewu obrzydzenie na to wspomnienie walczyło na jego twarzy z zadowoleniem z płynnej wymowy. Ciemne smugi szybko przesuwały się po spokojnym morzu, a komendant opowiadał mi dalej, że radża podobny był do „śmiejącej się hieny”, a ktoś tam inny fałszywszy był stokrotnie od „morderczej broni krokodyla.” Pilnując ostatecznych przygotowań, wykonywanych przez załogę, puścił wodze swemu językowi, porównywając kraj tamten „z klatką dzikich bestii do wściekłości doprowadzonych długą bezkarnością”. (...) On wcale nie ma zamiaru — krzyknął — dać się wciągnąć do szajki złodziei. „Miałem dość Patusanu” — mówił energicznym tonem.

Dowiedziałem się potem, że był tak nieostrożny, iż dał się przywiązać za szyję do słupa, stojącego przed domem radży. W tej niewygodnej pozycji spędził większą część dnia i całą noc, ale miało to być podobno rodzajem żartu. Zapewne rozmyślał teraz o tym strasznym przejściu, gdyż z pianą na ustach wymyślać zaczął któremuś z ludzi. Gdy znów zwrócił się do mnie, uspokoił się zupełnie. Dowiezie tego pana do Batu Kring (miasto w Patusanie), ale w jego mniemaniu pan i tak „przypomina już trupa”.

— Co? Co pan mówi? — spytałem.

Przybrał wyraz straszliwego okrucieństwa i gestem wyraził akt zasztyletowania w plecy.

— Już zupełnie jak ciało nieboszczyka — objaśnił z zarozumiałą miną człowieka jego gatunku, któremu się zdaje, że okazał się bardzo mądry.

Za jego plecami ujrzałem Jima, patrzącego na mnie z uśmiechem i ruchem ręki powstrzymującego mój okrzyk. I gdy mieszaniec rzucał się wściekle to tu, to tam, wydając rozkazy, ja z Jimem staliśmy przy głównym maszcie, ściskając się za ręce, zamieniając pospiesznie słowa. Serce moje wolne było od pewnej niechęci, istniejącej obok zainteresowania się jego losem. Głupie gadanie komendanta realniej zabarwiło niebezpieczeństwa, na które się puszczał, niż przestrogi Steina. W tych okolicznościach znikł pewien sztywny formalizm, obecny zawsze w naszych rozmowach; zdaje mi się, że go nazwałem „kochanym chłopcem”, on zaś trzymał się określenia „stary przyjacielu”, wymawiając słowa wdzięczności. Była to chwila głębokiej, rzeczywistej poufałości, nieoczekiwanej i krótkotrwałej. Usiłował uspokoić mnie, jak gdyby to on był bardziej ode mnie dojrzały.

— Dobrze! Dobrze! — powtarzał wzruszony. — Obiecuję dbać o siebie. Tak, nie będę się na nic narażał. Ani odrobinkę. Rozumie się. Myślę wieki tam pokutować. Niech pan będzie o mnie spokojny. Na Jowisza! Czuję, że nic mi się stać nie może. A to zapowiada szczęście! Przecie nie chciałbym zmarnować tak wspaniałej okazji!...

Wspaniała okazja! Prawda, ale jak on z niej skorzysta? Jak sam mówił, „ja — nawet ja” pamiętałem o jego nieszczęściu. To prawda. Więc najlepiej będzie dla niego, gdy odjedzie.

Moja łódź wpadła w wir po odpływającym okręcie i ujrzałem go odcinającego się na tle zachodzącego słońca, wznoszącego czapkę nad głową. Dobiegły mnie te niewyraźne słowa:

— Usłyszy pan wkrótce o mnie!