— Podnieś mu pleców... Ciąg trochę ku sobie... To-to-to. Dosyć!
Belfast posłusznie ciągnął, podnosił, nieprzytomny z bólu, oblewając łzami sznurek moczony w dziegciu.
— Nie owijaj mu za ciasno tej jego biednej twarzy, majsterku — błagał z płaczem.
— Nie psuj sobie o to krwi! Będzie mu i tak wygodnie — zapewniał żagielnik, ucinając dratwę po ostatnim ściegu, który przypadł mniej więcej w połowie czoła. Zwinął resztę parcianki, schował igłę.
— Czemu się tak przejmujesz? — spytał.
Belfast spuścił oczy na długi, szary pakiet żaglowego płótna.
— Wyratowałem go — szepnął — nie chciało mu się umierać. Gdybym był przy nim tej nocy, byłby żył — zrobiłby to dla mnie... ale jakoś byłem zmęczony.
Żagielnik pociągnął potężnie z fajki i wykrztusił:
— Kiedym był... w Indiach Zachodnich... Na fregacie Blanche... Żółta febra... zaszywało się po dwudziestu ludzi na dzień... z Portsmouth-Devenport mieszczan — znałem ich ojców, matki — siostry — cały ich zapiecek. Nie myślałem o tym wcale. A takie Murzyny jak ten — nie wiadomo, skąd to pochodzi. Nie mają krewnych. Nikomu niepotrzebni. Komu będzie go brakowało?
— Mnie. Wyratowałem go — biadał żałośnie Belfast.