Tu dostał zaraz w łeb od swego najlepszego przyjaciela. Zdziwiło go to; chodził skwaszony najmniej przez trzy godziny. Przykro nam było, ale cóż? Młodość potrzebuje więcej karności niż wiek dojrzały. Donkin wyszczerzył kły jadowicie. Od tego dnia przestał się liczyć z wszelkimi względami; nazywał Jimmy’ego „czarną szują”, a nam dawał do zrozumienia, że jesteśmy trzodą głupców, których jeden chytry Murzyn co dzień wyprowadza w pole. A Jimmy zdawał się lubić tego draba!

Singleton prowadził żywot niezakłócony przez żadne ludzkie wzruszenia. Milczący i poważny, oddychał tym samym co i my powietrzem, i to stanowiło jedyny jego łącznik z nami. Usiłowaliśmy być porządnymi ludźmi i uważaliśmy to za diablo trudne. Pragnienie cnoty z jednej strony, a obawa śmieszności z drugiej, trzymały nas w ciągłym wahaniu. Chcieliśmy zabezpieczyć się od wyrzutów sumienia, lecz nie pragnęliśmy wcale stać się ofiarami własnej uczuciowości. Nienawistna kamratka Jimmy’ego — śmierć — plugawym tchnieniem nawiała do serc naszych jakiegoś subtelnego krętactwa, o którym nam się dotąd nie śniło. Byliśmy powarzeni i oblatywał nas strach. Czuliśmy to wyraźnie. A Singleton — zdawało się — o tym wszystkim nic nie wie i niczego nie rozumie. Dotychczas mieliśmy go za mędrca, na jakiego wyglądał, ale teraz niekiedy ośmielaliśmy się podejrzewać go o starcze przytępienie.

Jednak pewnego dnia, gdyśmy podczas obiadu siedzieli na swych kuferkach, otaczając kołem cynową misę ustawioną na pokładzie, Jimmy wypowiadał swój powszechny wstręt do ludzi i rzeczy i używał specjalnie obrzydliwych określeń. Singleton podniósł głowę. Umilkliśmy. Starzec, zwracając się do Jimmy’ego, spytał:

— Czy jesteś naprawdę umierający?

Tak zagadnięty Dżems Wait oniemiał i stracił rezon. I my wszyscy byliśmy poruszeni: porozdziawiane gęby, serca tłukące się w piersi, mrugające szybko powieki. Jakaś łyżka cynowa upadła z brzękiem w misę, ktoś podniósł się do odejścia i stał, nie odchodząc... Chyba z minutę Jimmy usiłował zebrać się na odpowiedź.

Rzekł niepewnym głosem:

— Jak to? Nie widzisz pan, że mi na to idzie?

Singleton podnosił do ust umoczony suchar (zęby mu się — jak twierdził — już stępiły i nie tną ostrzem):

— Więc dobrze. Umieraj i nie zawracaj nam głowy tą sprawą. My nie możemy ci pomóc.

Jimmy padł na swoją koję i przez dłuższy czas leżał milcząc, tylko od czasu do czasu wycierał sobie pot z czoła. Po uprzątnięciu naczyń omawialiśmy szeptem to zajście. Byli tacy, którym to sprawiło ogromną uciechę. Inni spoważnieli. Wamibo, ocknąwszy się z sennego rozmarzenia, uśmiechał się niemrawo, a jeden z młodych Skandynawów, dręczony wątpliwościami, ośmielił się podczas tzw. psiej warty zwrócić się do Singletona (starzec niezbyt nas do rozmowy z sobą zachęcał) i spytał go naiwnie: