Wait powlókł się ociężale.

— Ruszajże się! Hę! — chrząknął pan Baker — Co ci jest w zadnie nogi? — Wait zamarł na miejscu. Powiódł wyłażącymi z orbit oczami z wyrazem męstwa i smutku:

— To nie moje nogi, to moje płuca.

Wszyscy nastawili uszów.

— A co... Hm!... A co im brak, tym płucom? — pyta pan Baker.

Cała nasza zmiana stanęła kołem na mokrym pokładzie, szczerząc zęby, z szczotkami i kubłami w ręku.

Wait rzekł posępnie:

— Koniec ze mną. Czy pan nie widzi, że jestem umierający? Wiem o tym dobrze!

Pan Baker obruszył się:

— Więc po kiego diabła zaciągać się było tu na statek?